http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Stasiuk: Wierzę, że fikcja jest prawdą

Rozmawiała Dorota Wodecka
2011-06-13, ostatnia aktualizacja 2011-06-14 18:24

Andrzej Stasiuk
Andrzej Stasiuk
Fot. Adam Golec / AG

Taki jest sens literatury, żeby cię wykoleiła z normalnej codzienności, żeby cię wystrzeliła w kosmos z tego zwykłego życia, żebyś się nie dał udupić. Żebyś nie słuchał rodziców, tylko żebyś słuchał Martina Edena

Jack London,
Zdjęcia: materiały reklamowe
Jack London, "Martin Eden".

Ponad połowa Polaków nie tylko nie czyta książek, ale nie jest w stanie przebrnąć przez tekst dłuższy niż 3 strony. Jeśli szybko nie poradzimy sobie z odwrotem rodaków od książek, czeka nas cywilizacyjna zapaść. Dlatego rozpoczęliśmy akcję ''Czytamy w Polsce''.
Co czytają Michnik, Stasiuk, Świetlicki, Kondrat, Hartman? Jakie książki odmieniły ich życie? Codziennie w ''Gazecie Wyborczej'' i na wyborcza.pl nowe rozmowy z cyklu ''Czytamy w Polsce''.


McLuhan, Domosławski i Korczak, lektury szkolne i porno. O czym jeszcze w nowym magazynie ''Książki''? Dowiedz się więcej!



Dorota Wodecka: A ten facet na zdjęciu kim jest?

Andrzej Stasiuk: Wygląda jak rzeźnik, prawda? Wygrzebaliśmy je z Moniką z rodzinnego archiwum Zygmunta Haupta i stoi sobie na półce. Dla mnie to najważniejszy polski prozaik. Na szczęście mafia hauptystów na świecie jest bardzo mała, ale jak ktoś go już odkryje, to daje mu nawet pięć gwiazdek.

Na szczęście?

- Nie zależy mi, aby ktoś podzielał moją miłość. Czuję się wtedy ograbiony. Jest w Haupcie coś, co chciałoby się mieć tylko dla siebie. Tak jak z podróżą w fajne strony, którą chciałbym zachować dla siebie, a jednocześnie prostytucyjny zawód pisarza każe mi je opisać. I czuję wtedy, że zdradziłem coś głęboko intymnego, sprzedałem swój świat razem z literaturą. Dlatego cieszę się, że Haupt jest mało znany. To pisarz tak dyskretny, tak kruchy, że na pewno nie będzie nigdy bohaterem. Nie obchodzi mnie, że nie zostawił po sobie tak zwanego "dzieła", że są od niego ważniejsi, słynniejsi Iwaszkiewicze czy Gombrowicze. Bo ja, jak go czytam, mam łzy w oczach albo ciarki na ciele i wcale się tego nie wstydzę.

A pan jak go odkrył?

- Późno. Pod koniec lat 80. Mieszkałem w Czarnem jeszcze sam. Jest zima, jestem zupełnie odcięty od świata, za towarzystwo mając tylko kozy i barany. I czytam przy naftówce w chałupinie pachnącej dymem, starością, wiejskością. Czytam w cieniu dawnej łemkowskiej wsi sprzęgniętej ze Wschodem za pomocą kultury, języka i religii. Małe, paryskie wydanie "Szpicy", w którym są Hauptowskie ukraińskie kawałki z jego dzieciństwa z zapachem nafty, zimy, drzewnego dymu. I po prostu świat czytam, a nie jakąś wymyśloną historię. I kiedy z Moniką wydaliśmy moją pierwszą książkę, nie było dyskusji, w co wpakować zarobione pieniądze. To był hołd dla Haupta - opublikować pierwsze krajowe wydanie jego wybranych utworów. Niedoskonałe, skażone naszą wydawniczą nieumiejętnością, ale dzięki nam, nieskromnie mówiąc, zaistniał od nowa w polszczyźnie. A ja nigdy się już od niego nie oderwałem. Myślę Hauptem.

Co to znaczy?

- Nie umiem tego opowiedzieć. Ale otwieram go sobie jak Pismo Święte, czytam dziesięć zdań i czuję, i wiem, że jest w nich wszystko to, o co mi chodzi. A jednocześnie napisane inaczej, głębiej. Przeszywa mnie ta proza, ale jest wielu, którzy pozostaną na nią obojętni. Bo ich nie zajmie.

Ale czy rzeczą prozy jest zajmować kogoś? Czas mu jego wypełniać?! Tym się różni wielka literatura od beletrystyki codziennego użytku, z którą po prostu spędzam tylko ciekawy wieczór. Bo wciąga mnie akcja, a poza tym mam kaca, nie mam telewizora, a coś robić trzeba. Ale odkładam i po chwili nic z tej książki nie pamiętam. A te niedoczytane, których nie można przeczytać za jednym dotknięciem, zostają.

Obok "Baskijskiego diabła" Haupta Schulz stoi.

- Też jest wielorazowy. Ja ktoś mi mówi: Przeczytałem Schulza, to pytam: No i co z tego? Mądrzejszy jesteś? Nie jesteś! Bo Schulz jest od tego, żeby wracać, czytać sobie po pół strony, po zdaniu, po pięć. Po tym poznaje się wielkich pisarzy, że wchodzą w twoją pamięć bez śladu, jak cienka igła, ale już nigdy się od nich nie uwolnisz.

Naprawdę wciąż aż do łez?

- No tak, ale chyba nie będziemy czytali tu na głos. Ale tak, "Z kroniki o latającym domu" mnie wzrusza. Haupt próbuje w niej stworzyć od nowa swoją młodość, skleić z resztek świat, który przeminął tragicznie. Świat Wschodu: polsko-ukraińsko-rusko-żydowskiego. Być może on zapadł we mnie tak mocno, bo i mnie ten Wschód prześladuje i ta moja niejasność - mówmy wprost - etniczna. Nigdy we mnie Wschód nie wywietrzał, a on potrafił opisać w nim to, co zaledwie podejrzewam. Uchwycić jego oddech, dziwność. Rozkrusza ten świat na jakieś migotliwe cudowności, na mgławicę przeczuć, poblasków, a potem go scala. Dobrze, że jest. No i stoi sobie na półce.

Jerzy Pilch ma na ścianie fotografię Andrieja Płatonowa.

- Też mam! I Pilch mi ją przysłał. Wisi w szałasie. Pokażę pani. Podobny jest do Baudelaire'a, co?

A Beckett co tu robi?

- On to ze względów literackich i plastycznych. Ta jego twarz na poły mineralna, piękna...

A Płatonow czemu?

- No, fundamentalny jest. Najpierw czytałem jakieś jego rzeczy wydane jeszcze za komunizmu. Ale już miałem nawyk rozglądania się za nim i kiedy w 1990 r. pokazał się "Wykop" w przekładzie Drawicza, to niedługo potem go miałem. I też smakowałem po kęsku, po łyczku i nigdy tak na jeden raz nie przeczytałem. No bo to jest za wielkie, za bardzo przeszywające. Tego się czyta stronę, jeden obraz się przyswaja i to wystarcza. Bo wystarcza świadomość, że istnieje książka, która w jakiś sposób uporała się z największą przygodą człowieczeństwa od narodzin Chrystusa, czyli z komunizmem. Że jest dzieło - 159 stron nikczemnego formatu - które zawarło i pytania, i odpowiedzi. I że to jest książka, która jest też na przyszłość. Bo mam podejrzenie, że mimo tej chwilowej nędzy człowieczej, w jaką popadliśmy ostatnio, tej mizerii, to jeszcze będziemy w stanie wykonać rzeczy wielkie i zarazem straszliwe. I że nie ma na to rady.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 11
  • 6
  • 6
  • 13
  • 11 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    25 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':