Zawadzki: Snajperzy cywilizacji Zachodu Tokarczuk: Wikipedysta sarmacki Orliński: Sto lat temu urodził się prorok globalnej wioski Grudzińska-Gross: Szok Domosławskiego Rudnicki: Palę lektury, czyli martyrologia uczniów polskich Tokarska-Bakir: Nierozgarnięci Szabłowski: Spadajcie z raju! Gondowicz: Najlepiej sprzedaje się chuć Mendelsohn: Wdzięk moralnego bagna "Mad Mena" Zawadzki: Snajperzy cywilizacji Zachodu Śmierć Osamy w nocy z 1 na 2 maja musiała wywołać ekstazę w wydawnictwie St. Martin's Press, które zupełnie przypadkiem właśnie szykowało do druku książkę "SEAL Team Six. Memoirs of an Elite Navy SEAL Sniper" ("SEAL Drużyna Szósta. Pamiętniki snajpera elitarnej jednostki marynarki wojennej"). To właśnie słynna Drużyna Szósta wykonała wyrok na ben Ladenie.
Pamiętniki emerytowanego komandosa, które zapowiadały się jako umiarkowany sukces wydawniczy, nagle stały się bestsellerem. W największej księgarni świata Amazon.com były w pierwszej dziesiątce najlepiej sprzedających się książek, dopóki nie wyczerpał się pierwszy, w pośpiechu wydrukowany nakład.
"Kiedy marynarka wojenna ma wysłać z misją swoją elitę, wysyła komandosów SEAL. Kiedy komandosi SEAL wysyłają swoją elitę, wzywają Drużynę Szóstą, wyspecjalizowaną w operacjach przeciw terrorystom i rebeliantom, która okazjonalnie pracuje dla
CIA. Pierwszy raz zdarza się, że historia snajpera z Drużyny Szóstej zostaje ujawniona. To moja historia" - pisze we wstępie Howard Wasdin.
Autor, nazywany przez kolegów Waz-manem, nie sili się na wymuszoną skromność i na kartach książki wiele razy daje wyraźnie do zrozumienia, że jest największym twardzielem i zapewne najlepszym snajperem na świecie. "Zdarzają się jednak sytuacje, które są poza kontrolą snajpera. Choć byłem mistrzem kamuflażu i uniku, kiedyś leżałem nagi na pasie startowym lotniska w kraju Trzeciego Świata z dziurami w obydwu nogach, przy czym prawa została niemal odstrzelona przez kulę z kałasznikowa".
Zanim Waz-man znalazł się w tak opłakanej sytuacji w Mogadiszu, stolicy Somalii, sam odstrzelił przynajmniej kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu "bad guys" w kilku krajach świata. Niektórych zabijał w stylu high-tech i dyskretnie, np. podając centrali współrzędne celu do zbombardowania, a innych - w stylu Arnolda Schwarzeneggera, atakowany przez hordy nieprzyjaciół i zasypywany gradem kul. Tak czy inaczej, znajdował w tym upodobanie; nie tyle w samym zabijaniu, ile w tym, że jest w swoim fachu tak doskonały.
Olga Tokarczuk: Wikipedysta sarmacki Autor pierwszej polskiej encyklopedii, Joachim Benedykt Chmielowski, uchodzi za prowincjusza i idiotę zasługującego tylko na rechot. Niesłusznie. Księga nie jest od tego, żeby opisywać rzeczy oczywiste. Dlatego podoba mi się jego słynne zdanie: "Koń jaki jest, każdy widzi".
Wojciech Orliński: Sto lat temu urodził się prorok globalnej wioski Choć Marshall McLuhan jest dla nas prorokiem globalnej wioski, nowoczesności i popkultury, w rzeczywistości był człowiekiem starej daty. Popkulturę traktował z narastającą niechęcią. Próbował ją zrozumieć, tak jak amerykańscy sowietolodzy próbowali zrozumieć państwo celujące w nich swoimi głowicami.
Przez pierwsze 40 lat życia nic w życiu Marshalla McLuhana nie zapowiadało międzynarodowej sławy. Był drugorzędnym anglistą z drugorzędnego uniwersytetu w Kanadzie, traktowanej przez akademików amerykańskich i brytyjskich jako kraj naukowo drugorzędny. To jednak okazało się kluczem do sukcesu. Akademicka gwiazda nie musi zabiegać o uzasadnienie swojej obecności na uczelni - zapóźniony adiunkt musi o swoje miejsce walczyć.
Na przykład idąc tam, gdzie nikt inny nie chce pójść.
To czysta desperacja pchnęła McLuhana do zajęcia się językiem reklamy i telewizji, których badanie chciała rozkręcić Fundacja Forda. Owocem była pionierska praca "Mechaniczna panna młoda" - zbiór analiz reklam i tekstów z prasy popularnej. McLuhan szybko stał się gwiazdorem nowego kierunku wiedzy - medioznawstwa - bo poważniejsi profesorowie nie chcieli się zniżać do zajmowania się czymś tak trywialnym.
Gdy czytamy wczesne prace McLuhana, uderza w nich to, że nadejście naszych czasów nie tyle odczytał z jakichś zaszyfrowanych przekazów, ile po prostu odkrył ich zapowiedź w powszechnie dostępnych ulotkach.
Irena Grudzińska-Gross: Szok Domosławskiego Na listach bestsellerów zeszłego roku triumfowała książka Artura Domosławskiego "Kapuściński non-fiction", choć jest to tomisko opasłe, dość ciężkie i drogie. Autor drobiazgowo opisuje życie Ryszarda Kapuścińskiego - osoby znanej, ale jednak nie celebryty - i poświęca dużo miejsca relacji między dziennikarstwem a prawdą. Podtytuł "non-fiction" jest wyzwaniem rzuconym uznanym formom pisania biografii: z dyskrecją i decorum. Domosławski podważył nieskazitelną rzetelność dziennikarską Kapuścińskiego (raczej "fiction" niż "non-fiction"), pisał o jego życiu uczuciowym i rodzinnym oraz kontaktach z PRL-owskim wywiadem. Oczywiście pisał również o Kapuścińskim jako znakomitym pisarzu, ale uwaga publiczności i przede wszystkim komentatorów i tak skupiła się wokół "niedyskrecji" - podwójnego życia romantycznego, konfliktu z córką. Była to chyba pierwsza polska biografia tak otwarcie poruszająca sprawy prywatne wybitnej osoby, która dopiero co zmarła.
Książce towarzyszyła atmosfera skandalu, bo przyzwyczajeni byliśmy raczej do biografii ostrożnych, a nawet hagiograficznych. Takich, w których życzliwy autor życzliwie pisze o pozytywnym bohaterze, licząc na życzliwość czytelnika. "Kapuściński non-fiction" stanowił przełom i sądząc z reakcji czytelników, powrót do poprzedniej biograficznej poprawności nie będzie już możliwy. Być może takie było znaczenie nagrody Dziennikarz Roku 2010, którą Domosławski dostał od kolegów po fachu. Motywy przyznania takiej nagrody są zawsze skomplikowane, ale jednym z nich mogła być deklaracja: obalamy zapory dyskrecji, liczą się fakty. Pisanie biografii daje prawo wstępu do najciemniejszych zakątków życia.
Janusz Rudnicki: Palę lektury, czyli martyrologia uczniów polskich Ciało pedagogiczne dopuszcza się gwałtu na nieletnich umysłach. Co dziś robić z bzdurami, które wypisywali Mickiewicz, Konopnicka i Sienkiewicz?
Jest rok 2011. Zasmarkane jeszcze szczeniaki wchodzą po raz pierwszy do klasy i od razu dowiadują się, kim są (Polakami), czym jest Polska (wszystkim), w co mają wierzyć (w Polskę) i co są jej winni (życie). "Kto ty jesteś?" to wierszyk na poziomie twórczości plemiennej. Wyryty przez jakiegoś kapłana wojownika. Zakrwawioną dzidą. Na skale. W jaskini (umysłowej). Ich szczęście (tych dzieci), że w tym wieku jeszcze raczej tępawe, bo wyszłyby z pierwszej klasy ze schizofrenią. Bo zaraz dowiadują się, kim jest Bóg (wszystkim), w co mają wierzyć (w Boga) i jakie zajmuje on miejsce w życiu człowieka (całe).
Joanna Tokarska Bakir: Nierozgarnięci Czyścić rasę chcieli nie tylko naziści. Dlaczego zwolennikami eugeniki byli także postępowi intelektualiści Zachodu?
W latach 1907-96 poddano przymusowej sterylizacji 350 tys. Niemców, 62 tys. Szwedów, 60 tys. Amerykanów, 3,5 tys. Kanadyjczyków, 40 tys. Norwegów, 58 tys. Finów, 6 tys. Duńczyków, 300 obywateli Szwajcarii, 350 Islandczyków i 800 tys. Japończyków. Wszystko wskutek rozpowszechnienia eugenicznej idei doskonalenia rasy. To wciąż nieosądzona zbrodnia.
Eugenikę traktuje się dziś podobnie jak Holocaust - jako pożałowania godny moment zaćmienia rozumu, piasek w trybach maszyny, wstydliwy, choć wytłumaczalny epizod nowoczesności. W tych próbach egzotyzacji i marginalizacji eugeniki jako "unikalnego epizodu w dziejach nauki" widać opór wobec wniosków, jakie z niej płyną.
Witold Szabłowski: Spadajcie z raju! Każdego dnia tysiące ludzi wsiada do samolotów i opuszcza swoje kraje tylko po to, by poniżać, okradać z kultury i zmuszać do niewolniczej pracy tysiące innych ludzi. Kto to taki? Turyści z bogatych krajów - w tym Polski. Kogo grabią? Tych, których nieszczęściem jest, że urodzili się w kraju biedniejszym, za to z ładnym widokiem na morze. I że krajem tym rządzi reżim, rząd, junta, generał - niepotrzebne skreślić - który dostrzegł, jak łatwo (i dużo!) zarabia się na turystyce.
Gdzie? Choćby na Kubie, gdzie wojsko i służby specjalne wybudowały na półwyspie Hicacos ogrodzony płotem obóz dla bogatych turystów. W Tajlandii, gdzie uchodźców z Birmy zmusza się do niewolniczej pracy przy budowie hoteli. W Hiszpanii, gdzie wybudowano ich tysiące, nie oglądając się ani na ludzi, ani na przyrodę. Na Dominikanie, gdzie miejscowi, gdy chcą wejść na plażę, są legitymowani i karani mandatem.
Podobne historie wymienia i opisuje Szwedka Jennie Dielemans w książce "Witajcie w raju", która traktuje o narodzinach, rozwoju, a także beneficjentach i ofiarach rozwoju turystyki masowej. Tytuł jest przewrotny. Po przeczytaniu dochodzę do wniosku, że im bardziej dane miejsce dla przyjezdnych zamienia się w raj, tym gorętsza jest smoła w piekle miejscowych.
Jan Gondowicz: Najlepiej sprzedaje się chuć Przez dobre pół wieku pornografia szła ręka w rękę z awangardą. Nawet u nas, co stwierdzi każdy, kogo skusi u Anatola Sterna "Mój czyn miłosny w Paragwaju", "Głód błon" bezwstydnego Tadeusza Peipera czy u Juliana Przybosia manewry "pędem nabrzmiałym i tkliwym" w "wilgnej róży, rozpękłej od zewnątrz". Świat był młody, poeci młodzi. I wszystkich dziwiła czystość.
Brudzono ją na potęgę. Stąd zasada, że każdy surrealista musi spłodzić choć jedną pornograficzną prózkę. Tworząc ową tradycję, Apollinaire, Jan Chrzciciel surrealizmu, sam napisał ich parę. Ile - niełatwo orzec. Na przykład w powstałej w roku 1906 lub 1907, lecz wydanej dopiero w 1911 opowiastce "Wyczyny młodego Don Juana" widziano autobiograficzną fantazję. Długo trwało, nim ktoś przytomny dostrzegł, iż trzynastoletni bohater przyprawia tam o ciążę służącą, dwie siostry i ciotkę, Apollinaire zaś nie miał sióstr ani ciotki. Więc jakby to nie on. Aliści dziełko wydano pod inicjałami G.A., zaś pewien badacz, zwiedziwszy Nadrenię, gdzie poeta spędził rok w charakterze nauczyciela domowego, stwierdził, że pejzaż się zgadza. Więc jakby on. Ostatnie słowo ma tu bodaj numer monograficzny "Le magazine littéraire" z grudnia 2007 pt. "Les Enfers du sexe", który orzeka: "Jeśli Guillaume Apollinaire istotnie przyłożył do tej powieści rękę, to dokonując przekładu anonimowego tekstu niemieckiego, wyszperanego zmyślnie w czasie pobytu w Nadrenii". Wyrok salomonowy!
Jest jeszcze ogłoszony tuż przed wojną tom o proroczym tytule "Kres Babilonu". Nie bez udziału znajomych Apollinaire sportretował tam własne środowisko, przenosząc je w czasy uczty Baltazara. Znany nam już Rémy de Gourmont jako sławny Ramidegourmanzor tworzy w tej książce dzieło liczące osiemnaście tysięcy papirusów, a sam poeta jako Jahq Dhi-Sor wykuwa w pocie czoła liryki na kamiennych stelach. Miejscem akcji jest burdel, więc gdy ścianę ozdabia napis: "Mane, tekel, fares", a armia Cyrusa wyważa bramy miasta, pada sakramentalny rozkaz: "Wszystkie panienki do salonu!".
Jak widać, były to żarty, les livres roses. Raz jednak Apollinaire poszedł na całość, tworząc le livre rouge, czyli dzisiejsze hard porno...
Daniel Mendelsohn: Wdzięk moralnego bagna "Mad Men" Od momentu premiery w telewizji kablowej AMC latem 2007 r. serial "Mad Men" i pokazany w nim świat przyprawiły publiczność o szaleństwo. Tu i ówdzie mogliśmy przeczytać o "telewizyjnym serialu wszech czasów", a autorzy zebrali liczne amerykańskie nagrody. Serial to hollywoodzka wizja nowojorskiej Madison Avenue z lat 60. Ostro popijającym i palącym na potęgę specom od reklamy w błyszczących garniturach intuicja podsuwa kolejne genialne pomysły na reklamę papierosów, biustonoszy i linii lotniczych, a oni zaliczają od niechcenia panienki i porywają swe przypominające Grace Kelly żony na delegację do Rzymu. "Mad Men" wdarł się w każdy zakątek kultury masowej, co rodzi przypuszczenie, że atrakcyjność serialu wykracza poza zwykłe filmowe walory.
A także 50 książek, które czyta Nowy Jork, Rzym, Berlin, Moskwa, Madryt; fragment niepublikowanej w Polsce, najnowszej powieści Michela Houellebecqa; dlaczego halucynacje są OK - tłumaczy autor "Mężczyzny, który pomylił żonę z kapeluszem" Oliver Sacks; najważniejsze książkowe premiery najbliższego kwartału; Tony Judt o niebezpiecznych czasach; sensacyjny wywiad z Joanną Olczak-Ronikier, autorką nowej biografii Janusza Korczaka; Mariusz Szczygieł o siostrzenicy Kafki; polecamy kryminały do czytania w tramwaju i metrze.
