W historii literatury jest grupa książek, o których mówi się, że pachną krwią. Oprócz "Mein Kampf" Adolfa Hitlera (1925) czy "Młota na czarownice" Heinricha Krammera i Jacoba Spenglera (1484) z całą pewnością można do nich zaliczyć "Protokoły mędrców Syjonu", na których konto w Europie Środkowo-Wschodniej dwóch pierwszych dekad XX wieku historycy zapisują kilkaset tysięcy ofiar pogromów antyżydowskich. Janusz Tazbir, który poświęcił im monografię, uważa, że w samych tylko latach 1918-20 ofiar tych było okrągłe 100 tysięcy. W książce "Warrant for Genocide" (1967) Norman Cohn wykazał, że dzieło to w zasadniczym stopniu przyczyniło się do powstania ideologii Holocaustu. Na podstawie "Protokołów...", opublikowanych w Petersburgu w roku 1903 i następnie wielokrotnie wznawianych (lądowały w wojskowym plecaku białogwardzistów i nazistów, a Henry Ford sfinansował półmilionowy nakład książki w
USA w latach 20.), Żydów oskarżano kolejno o klęskę Rosji w wojnie z Japonią, o inspirowanie rewolucji roku 1905 i 1917, a także o wybuch obu wojen światowych.
Rozmowy umarłych Zanim to jednak nastąpiło, awanturnicza idea zebrania rabinów na cmentarzu w Pradze stanowiąca przedmiot "Protokołów...", odbyła długi marsz przez trzeciorzędną literaturę, która w drugiej połowie XIX wieku zainteresowała nagle tajne służby Prus, Francji i Rosji. Dzięki ustaleniom badaczy wiemy już dziś mniej więcej, jak ów pochód przebiegał. Choć jeszcze bez Żydów, wszystko zaczęło się od "Dialogu w piekle pomiędzy Machiavellim i Monteskiuszem" ("Dialogue aux enfers entre Machiavelli et Montesquieu"), tekstu z popularnego gatunku "rozmowy umarłych" opublikowanego w roku 1864 przez francuskiego satyryka Maurice'a Joly, przeciwnika polityki Napoleona III. Monarchę, który jako zwolennik rządów twardej ręki znacznie ograniczył władzę ustawodawczą, wolności obywatelskie i wprowadził cenzurę, w powyższym dialogu reprezentował cynik i zwolennik despotyzmu Niccolo Machiavelli, podczas gdy rzecznikiem liberalizmu uczyniono tu filozofa Monteskiusza. Cztery dekady później ich kwestie skopiowane słowo w słowo przez anonimowego autora "Protokołów..." zostaną przypisane odpowiednio "Żydom", którzy poprzez banki, prasę i rząd światowy chcą zawładnąć światem, i do bólu naiwnym "gojom", którzy się na to wszystko godzą. Plagiat zdemaskował Philip Graves, korespondent londyńskiego "Timesa" w Konstantynopolu, który swoje spostrzeżenia ogłosił na łamach pisma w sierpniu 1921 roku. Obliczył, że z 2560 wierszy, jakie zawierał Joly'ego "Dialog w piekle...", bez wprowadzenia jakichkolwiek zmian w "Protokołach..." powtórzono aż 1040.
Biarritz Drugim źródłem inspiracji, z którego czerpał autor "Protokołów...", była groszowa powieść "Biarritz" (1867) napisana przez niemieckiego urzędnika pocztowego i agenta pruskiej policji Hermanna Goedschego. To właśnie w jego umyśle zrodził się sugestywny obraz nocnego zebrania rabinów co 200 lat spotykających się na cmentarzu w Pradze, by obmyślać zgubę dla świata. Obraz nie był nowy - odwoływał się do znanej z Ewangelii wizji sanhedrynu skazującego na śmierć Jezusa, a następnie do fantazmatu żydowskich mędrców spiskujących przeciwko chrześcijaństwu. (Można je wciąż oglądać na siedemnastowiecznym malowidle z krużganków klasztoru Dominikanów w Janowie Podlaskim). W roku 1872 ten właśnie rozdział powieści Goedschego ukazał się po rosyjsku pod tytułem "Żydowski cmentarz w Pradze". Publikacja natychmiast rozsadziła ramy gatunku, przywdziewając szatę literatury faktu, wręcz świadectwa.
Ostatnie dekady XIX wieku to okres, w którym carska ochrana, jedna z najsprawniejszych tajnych służb w ówczesnej Europie, pociąga za sznurki wielkiej polityki. Janusz Tazbir pisze, że jednym z adresatów inspirowanych przez nią tekstów miał być młody Mikołaj II, następca cara Aleksandra III, którego mistyczne ciągoty budziły obawy, czy aby będzie w stanie kontynuować twardą politykę ojca. Na zamówienie ochrany wszystkie wątki spisku żydowsko-masońskiego, które od pewnego czasu krążyły po Rosji, zostały zebrane w broszurze zatytułowanej "Programma zawojewanja mira jewriejami", znanej nam jako "Protokoły...". Zdaniem Normana Cohna inicjatywa wydawnicza wyszła od szefa zagranicznych placówek ochrany Piotra Iwanowicza Raczkowskiego, specjalisty od intryg politycznych i fałszywek. Rzecz spisano pomiędzy rokiem 1894 a 1899 we Francji, na co wskazują liczne odwołania zewnątrztekstowe, takie jak nazwisko ówczesnego ministra oświaty Francji i "skandal panamski", w który zamieszany był ówczesny jej prezydent. Autorstwo publikacji, która ukazała się w postaci serii artykułów na łamach czarnosecinnego pisma "Znamia" w roku 1903 (jego redaktora Piotra Kruszczewana oskarża się o wywołanie pogromu w Kiszyniowie, którego zapalnikiem stała się publikacja oskarżająca Żydów o mord rytualny), do dziś stanowi przedmiot sporów. Najczęściej wymienia się w tym kontekście nazwisko paryskiego współpracownika ochrany Matwieja Gołowinskiego.
O tym, że historia o złych rabinach trafiła do przekonania młodemu carowi, może świadczyć fakt, że wśród trzech książek znajdujących się w ostatnim ekwipażu jego rozstrzelanej rodziny był też egzemplarz "Protokołów...".
Epoka snu ,Protokoły mędrców Syjonu" mieszczą się w szacownym nurcie literatury apokryficznej zwanej pseudoepigrafią, równie starej jak wynalazek pisma. Pseudoepigrafy to teksty, które wkłada się się w cudze usta po to, by osiągnąć własne, bardziej lub mniej wzniosłe cele. Pseudoepigrafami były "Ody Salomona", "Księga Henocha" czy pisma Pseudo-Dionizego Areopagity. Także w "Protokołach...", które zostały jakoby podsłuchane i spisane podczas I Kongresu Syjonistycznego w Bazylei (1897), posłużono się zasadą uzurpowanego autorstwa: Żydzi oskarżali tu sami siebie.
Powód, dla którego akurat tą kategorią literatury zajął się Umberto Eco, wydaje się oczywisty. Jest tu wszystko, czego potrzeba pisarzowi: trucizna i sztylet, paryskie podziemia i spelunki, cmentarz o północy w mieście Golema, zawodowi spiskowcy i mnóstwo "pożytecznych idiotów". Trudno wyobrazić sobie bogatsze złoże literackie niż awanturnicza epoka, która wydała "Protokoły...": "Piemontczycy maszerują na Królestwo Obojga Sycylii, wszędzie zamęt, ranni, zdrajcy, gwałcone szlachcianki, karkołomne eskapady, irlandzkie legitymistki niezwykłej odwagi w płaszczach z kapturem i ze szpadą w ręku, zwitki z tajnymi wiadomościami ukryte pod końskim ogonem, (...) pierścienie z oksydowanego zielonego złota niosące sekretne przesłanie, ze splecionymi wężami i czerwonym koralem pośrodku...".
Wiek XIX, wiek walki, wolności, nauki i optymizmu, był jednak zarazem - co najlepiej opisał Walter Benjamin - epoką snu. W ślad za elektrycznością, emancypacją i postępem podążały strach, ciemność i zniewolenie przez te same co zawsze "mityczne potęgi", które - choć wytworzone przez człowieka - teraz go z powrotem osaczały. Jedną z takich ambiwalentnych potęg jest ludzka wiedza. Wiedza opiera się na idei miary, po przekroczeniu której zmienia się we własne przeciwieństwo. Podczas gdy istnieją uniwersalne pytania, nie istnieją uniwersalne odpowiedzi. W "Wahadle Foucaulta" Umberto Eco napisał: "Ludzkość nie może znieść myśli, że świat zrodził się z błędu. (...) A więc trzeba wymyślić spisek kosmiczny". Oto cena, jaką płaci się za Darwina i Marksa, za rozmontowanie wszechświata z Panem Bogiem na górze, diabłem w piekle i człowiekiem pośrodku. Spisek staje się ulgą dla udręczonego umysłu.
Sobowtór Istotę narracji Eco stanowią wspomnienia mizantropa Simoniniego, kapitana tajnych służb, Francuza z wyboru, który rodzi się jako wnuk antysemity. Jego dziadek korespondował z księdzem Augustinem Barruelem, autorem "Pamiętników do historii jakobinizmu" (1797). Zawarta w nich wizja rewolucji francuskiej jako efektu działalności tajnych stowarzyszeń stała się wzorem wszelkich spiskowych teorii dziejów. Wzorem dziadka kapitan Simonini niechybnie spłodziłby kolejnych antysemitów, gdyby nie to, że w powieści ma lepsze rzeczy do roboty. Nosi imię świętego Szymona, "małego męczennika, którego dawno temu, w XV wieku, trydenccy Żydzi porwali, zabili i posiekali na kawałki, żeby użyć jego krwi w swych obrządkach". W miarę jak zagłębiamy się w lekturę, jego monologi stopniowo ustępują miejsca wywodom księdza Dalla Piccola, który pewnego dnia budzi się w cudzym łóżku otoczony szpiegowskimi rekwizytami, by wnet przekonać się, że są one jego własnością w stopniu znacznie większym, niżby sobie tego życzył. Początkowo ksiądz pojawia się tylko wtedy, gdy Simoniniemu doskwiera sumienie (w powieści to właśnie on zabija Joly'ego, autora "Dialogu w piekle"); potem sprawy znacznie się komplikują. W końcu mamy tu do czynienia z dwiema osobami zamieszkującymi jedno udręczone ciało albo też, jeśli takie ujęcie bardziej nam odpowiada, z bohaterem cierpiącym na rozszczepienie osobowości. Na wypadek, gdyby czytelnik miał nadal problem ze zrozumieniem, o co chodzi w powieści, autor nieco łopatologicznie wprowadza do akcji "doktora Froida", Żyda, psychologa współpracującego z Charcotem, słynnym paryskim lekarzem posługującym się hipnozą. Rozmowy, jakie prowadzi z nim nasz kapitan, a także wizyty u słynnej histerycznej pacjentki doktora Charcota, ze szczętem objaśniają przypadłość głównego bohatera.
Cała ta psychologiczna komplikacja nie przeszkadza Simoniniemu odnosić sukcesów w szpiegowskiej karierze, w której płynnie przechodzi od knucia przeciw Garibaldiemu do knucia przeciw paryskim komunardom, papistom, jezuitom, masonom, a przede wszystkim Żydom (patrz afera Dreyfusa i - co najważniejsze - doprowadzenie do publikacji "Protokołów..."). "Przede wszystkim" wynika tu z przesłanek czysto praktycznych, które opisuje następująco: "Nie należy przedstawiać niebezpieczeństwa o tysiącu twarzy. Niebezpieczeństwo powinno mieć jedno oblicze, bo inaczej uwaga czytelnika się rozprasza. Jeśli chcesz oskarżać Żydów, pisz o Żydach, a zostaw w spokoju Irlandczyków, neapolitańskie książęta, piemonckich generałów, polskich patriotów i rosyjskich nihilistów".
Rozszczepienie osobowości głównego bohatera to rozsławiony przez "Sobowtóra" i "Zbrodnię i karę" Fiodora Dostojewskiego zabieg pozwalający na wprowadzenie do tekstu wielu zaprzeczających sobie punktów widzenia, niemożliwych do ukazania w klasycznej narracji. Niestety, Eco nie robi z niego dobrego użytku. "Cmentarz w Pradze" to bardzo interesująca, precyzyjnie skonstruowana, oparta na faktach powieść z natrętną tezą (teza brzmi: "zrozumiał, że Inny nie istnieje"), a raczej habilitacja rozpisana na podrzędną dziewiętnastowieczną powieść w odcinkach. Jeśli antytezą wiarygodności są wyciągi genealogiczne sporządzane na zamówienie, "Cmentarz w Pradze" jest takim właśnie wyciągiem. Wyjąwszy samego Simonetta, pedofila-onanistę i obżartucha, wszystkie postaci tej powieści są prawdziwe, wszystkie wydarzenia udokumentowane i wszystkie całkowicie niewiarygodne. Wygląda to tak, jakby autor, zahipnotyzowany krwawym mitem "Protokołów...", w ostatniej chwili cofnął się przed nadaniem mu wszelkich pozorów prawdy.
Rzecz roi się od powtórzeń świadczących o intelektualnej kapitulacji. "Ludzi cechuje przede wszystkim to, że gotowi są we wszystko uwierzyć" - wyrywa się w którymś momencie autorowi, który desperacko stara się nawiązać do opinii Dostojewskiego o ludziach jako istotach, które do wszystkiego potrafią się przyzwyczaić. Dlaczego jednak na tym poprzestaje? Czy dlatego, że monstrualność odradzających się teorii spiskowych godzi w bliskie mu oświeceniowe założenie o potędze ludzkiego rozumu, które przemyca w każdej z książek, poczynając od "Imienia Róży"? Jest w tej powieści kilka obiecujących diagnoz myślenia spiskowego, takich jak ta o nienawiści rozgrzewającej serce, nie ma jednak ani odwagi, ani intelektualnej pasji, które sprostałyby tematowi. Zamiast uczciwego "nie wiem" czytelnikowi podsuwa się tu raczej coś na kształt "hydraulicznej" sugestii, którą kiedyś (fałszywie) przypisywano Zygmuntowi Freudowi. Głosi ona, że aby nie stać się oszołomem, wystarczy nie popadać w onanizm i pedofilię, a ponadto unikać towarzystwa księży i dobrej kuchni.
Niestety, byłoby to zbyt proste.
Umberto Eco "Cmentarz w Pradze", przeł. Krzysztof Żaboklicki, Noir sur Blanc, Warszawa 2011