http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dziesięć książek na smugę cienia

Rozmawiała Dorota Wodecka
2011-09-14, ostatnia aktualizacja 2011-09-14 13:44

Można sobie wyobrazić kogoś, kto "W poszukiwaniu straconego czasu" uważa za coś równoległego do życia i postanawia nie żyć, tylko czytać. Czasami zresztą lepiej jest czytać Prousta, niż żyć - rozmowa z Andrzejem Sosnowskim

Film Luchino Viscontiego ''Śmierć w Wenecji''
East News
Film Luchino Viscontiego ''Śmierć w Wenecji''
Andrzej Sosnowski
Fot. Dominik Sadowski / Agencja Gazeta
Andrzej Sosnowski
SERWISY
Dorota Wodecka: Dopadła pana smuga cienia?

Andrzej Sosnowski: Stany powracających zniechęceń są mi znane od tylu lat, że wydaje mi się, jakby żadne inne nigdy nie odgrywały większej roli. Drugi albo trzeci rok studiów to na pewno była smuga intensywnego cienia, a przecież nie przypominam sobie żadnych przyczyn, może poza pewną monotonią przewidywalnych zajęć i rozrywek. Dziś tak to widzę i rozumiem, ale może za kilka tygodni wszystko zobaczę i zrozumiem inaczej, bo takie rzeczy zmieniają się z czasem i retrospektywnie. Doskonale ujmuje to fraza Prousta w jego "W poszukiwaniu straconego czasu": "Dopiero znacznie później miałem zrozumieć, że...". Dopiero "znacznie później" można zrozumieć, że cień tej smugi przewija się właściwie przez całe życie.

Wzrastał pan w niej?

- Jeśli rozumieć ją jako pewnego rodzaju siłę grawitacyjną, która nas z czasem coraz bardziej przyciąga do cienia, to jest ona obecna od samego początku. A potem jej działanie staje się po prostu bardziej zauważalne. Człowiek robi się poniekąd mądrzejszy. Lepiej umie rozpoznawać działanie tej podstawowej grawitacji. I może próbować szukać pocieszenia.

Jak ją opisać?

- Alegorycznie? Bezwietrzna pogoda. Zastój, stagnacja. Ładnie określił to poeta John Ashbery: "Środek podróży przed odwróceniem klepsydry: miejsce idealnej ciszy".

I statek, jak to u Josepha Conrada?

- Statek, który staje w miejscu, prawda? Właściwie nie bardzo wiadomo, co ze sobą począć i co będzie dalej. Moment, kiedy po okresie ekspansji wszechświat wyhamowuje, po czym zatrzymuje się i na krótką chwilę osiąga stan zupełnego bezruchu. Zamiera muzyka sfer. Wtedy pojawia się przeczucie, że oto zaraz nastąpi regresja, cofanie się i zapadanie się w sobie. Będą słabły tak zwane siły witalne, pamięć operacyjna zacznie szwankować. I w ogóle będzie już tylko gorzej niż lepiej. Muzyka niebieskich sfer od tej chwili będzie grała do tyłu. Po kolei przestaną świecić wszystkie gwiazdy.

Smuga cienia to kres młodości?

- Nie sądzę. Wchodzimy w nią niepostrzeżenie, tak że żaden kres nie jest widoczny. Myślę, że zawsze można próbować wyodrębnić sobie jakiś życiowy epizod, wymyślić fabułę, w której taki moment graniczny dałby się wyznaczyć. Ale to jest chyba zawsze mitotwórstwo i literatura. Wyraźnie odczułem jakąś zmianę, kiedy wróciłem z Kanady, gdzie byłem trzy lata, a przyleciałem z powrotem, mając lat 33. To jest wiek, prawda? Dante zaczynał wtedy pisać "Boską komedię". "W połowie drogi żywota naszego...". I zaraz potem ten ciemny las, selva oscura. Dante jest mi szczególnie bliski, bo urodził się w maju, tego samego dnia co ja.

I kiedy po powrocie spadły na pana te chrystusowo-dantejskie 33 lata, to co się stało?

- Moje myśli poukładały się inaczej w czasie i przestrzeni.

Nie rozumiem.

- Innego rodzaju pogoda wewnętrzna, inny nastrój. Nie umiem o tym precyzyjnie opowiedzieć, ale nastąpiło pewnego rodzaju ochłodzenie. Pojawił się przestrzenny dystans do siebie i w ogóle do wszystkiego. Inne odczucie własnego widzenia, jak wtedy, kiedy człowiek nagle zdaje sobie sprawę, że lepiej widzi, kiedy dla żartu założy czyjeś okulary. A wolałem widzieć lepiej, bo wyostrzone spojrzenie przekreśla metaforę smugi cienia jako czegoś smutnego.

Jak to? Nie towarzyszy jej smutek?

- Towarzyszy, ale powiedziałbym, że tylko w pierwszej, najbardziej doraźnej refleksji. Jednak smuga cienia to jest taki stan, który wymaga oswojenia i akceptacji. Mrzonki i fantazmaty są tylko pozornie kojące, ponieważ muszą się całkowicie rozpaść. Ukojenie przynosi tylko jasność widzenia.

A literatura jest tutaj pociechą?

- Nie bez powodu przywołałem Prousta. Fraza "dopiero znacznie później miałem zrozumieć, że" powraca w książce tak wiele razy. Innymi słowy, w każdym momencie myślenia o życiu może człowiekowi przyjść do głowy właśnie to "dopiero znacznie później miałem zrozumieć, że". Nawet w odniesieniu do jednej i tej samej sprawy. A ta powieść to jest prawdopodobnie najwspanialsza rzecz literacka, jeśli chodzi o czas, bo pozwala nie tylko myśleć o czasie, ale też odczuwać jego przepływ na stronach, zmysłowo odczuwać czas w trakcie lektury, trochę jak niektóre utwory muzyczne. A więc jest coś do przemyślenia i jest coś do przeżycia. Może to taka książka, która w najbardziej przekonujący sposób zbliża się do przeżywania najsubtelniejszej materii samego życia, czyli kojąco i po cichu daje odczuć i niemal zrozumieć, że bez względu na to, co się robi, liczy się tylko ten sypiący się w klepsydrze piasek. Można sobie wyobrazić kogoś, kto tę książkę uważa za coś równoległego do życia i postanawia nie żyć, tylko czytać. Czasami zresztą lepiej jest czytać Prousta, niż żyć.

Kiedy pan odczuwa takie preferencje?

- Kiedy w przykry sposób odczuwam zamęt, chaos, rozmaite osaczenia, spiętrzenia i blokady. Uciśnienia. Tak zwaną presję rzeczywistości, w znacznym stopniu zewnętrznej.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 5
  • 1
  • 2
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    11 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':