http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dziesięć książek, które otwierają oczy

Rozmawiała Dorota Jarecka
2011-09-12, ostatnia aktualizacja 2011-09-12 14:26

Prof. Maria Poprzęcka
Prof. Maria Poprzęcka
Fot. Renata Dabrowska / AG

Wystrzegajcie się podręczników typu "Jak patrzeć na dzieło sztuki". To kontakt z literaturą piękną jest szansą na lepsze postrzeganie świata. Artyści po prostu więcej widzą i dzięki nim my także możemy zdjąć z oczu trochę katarakty

''Widok Delft'' Vermeera
Fot. EAST NEWS
''Widok Delft'' Vermeera
Dorota Jarecka: Czy są książki, które pomagają widzieć?

Maria Poprzęcka*: Wczoraj z myślą o naszej rozmowie przeprowadziłam wśród znajomych coś w rodzaju ankiety. Nikt nie potrafił wymienić ani jednej książki z dziedziny historii sztuki, która by pozytywnie odpowiadała na to pytanie, może poza "O sztuce" Ernsta Gombricha. Zaczęła się jednak dyskusja, czy ona otwiera oczy, czy też jest zestawem gotowych sposobów widzenia. Jako "otwierające oczy" padały raczej tytuły literackie.

Jakie?

- Na przykład "Pierścienie Saturna" czy "Wyjechali" W.G. Sebalda. Dla mnie siłę otwierania oczu ma przede wszystkim poezja, różna, od Słowackiego do Różewicza. Poetycka zdolność obrazowania znacznie skuteczniej otwiera oczy na sztukę niż książki o sztuce, a już zwłaszcza egotyczno-emfatyczne relacje z podróży.

A "Podróż włoska" Goethego? "Obrazy Włoch" Muratowa?

- Goethe tak, ale nie jego opisy podróży do Włoch, tylko "Farbenlehre". Jest tam pierwszy znany zapis zjawiska powidoku. Goethe opisuje, jak siedzi w ciemnym wnętrzu i w drzwiach, przez które wlewa się silne światło, staje dziewczyna, która ma na sobie czerwoną sukienkę. Blask go oślepia, on instynktownie zamyka oczy i wtedy widzi zieloną sylwetkę dziewczyny. To klasyczny powidok - ujrzany kształt pojawia się pod powiekami w barwie dopełniającej. Wszyscy musieli wcześniej doświadczać tego zjawiska, ale Goethe był pierwszym, który je zapisał.

Często przytacza się paradoks Oscara Wilde'a, że mgły w Londynie stworzyli dopiero impresjoniści. Są artyści, którzy uświadamiają nam wizualne zjawiska, które są tak oczywiste, że niedostrzegane, i trzeba dopiero obrazu Moneta, by zobaczyć, że w Londynie jest mgła, albo tekstu Goethego, by się przekonać, że w zamkniętych oczach jawią się powidoki. Nie znam lepszego zapisu zjawisk barwno-świetlnych niż poematy Słowackiego.

Które?

- Wiesław Juszczak napisał kiedyś artykuł "Lekcja pejzażu według Króla Ducha", twierdząc, że jedynym malarzem romantycznym, z którego dziełami może być porównywane obrazowanie Słowackiego, jest Turner. Słowacki miał wspaniały dar widzenia. Te niebywałe oksymorony: "mroczne blaski", "czerwone szmaragdy". I fragment "Beniowskiego": "Idź nad strumienie, gdzie wianki koralów/ na twoje włosy kładła jarzębina;/ Tam siądź i słuchaj tego wichru żalów,/ które daleka odnosi kraina; I w pieśń się patrzaj...". Mamy "patrzeć się w pieśń" - trudno o prościej wyłożone przekonanie o wzajemnym "oświetlaniu się sztuk". Wiadomo, że Malczewski namalował inspirowany tymi wersami tryptyk "Idź nad strumienie". Ale niezależnie od tego obrazu ten fragment Beniowskiego jest dla mnie zawsze przywołaniem wciąż innych migotliwych krajobrazów. Niekoniecznie z jarzębiną.

A współcześnie?

- Poetą pobudzającym do własnego obrazowania jest Tadeusz Różewicz - ze względu na wizualną siłę jego poezji. "Po co otwarłem oczy/ Zalewa mnie świat kształtów i barw/ fala za falą/ kształt za kształtem/ wydany na łup/ jadowitych zieleni/ zimnych błękitów/ intensywnych żółtych słońc/ jaskrawych czerwonych homarów...". Impuls do zobaczenia czegoś na nowo może dawać poezja wcale niebędąca ekfrazą, czyli opisem dzieła sztuki. Może być spostrzeżeniem byle jakiego zjawiska na ulicy, jak w moim ukochanym fragmencie o odbiciach w szybie z "Szumów, zlepów, ciągów" Białoszewskiego.

Artyści po prostu więcej widzą i dzięki nim my także możemy zdjąć trochę katarakty z oczu. Kontakt ze sztuką, a więc także z poezją i literaturą, jest szansą na lepsze, bogatsze postrzeganie świata. Gdybym miała to zamknąć w jakiejś maksymie, powiedziałabym, że tym, co otwiera oczy na sztukę, jest sztuka, ale nie książki o sztuce. Nowych sposobów widzenia nie otwiera na pewno szkolarska obróbka, która powiela akademickie pytania: jaka jest kompozycja, światłocień, gama barwna. Stare akademickie kryteria cichcem przeniknęły do popularyzatorskiego pisania o sztuce, naginając nasze widzenie do "jedynie słusznego" patrzenia na sztukę.

Czego się wystrzegać?

- Wszelkich podręczników typu "Jak patrzeć na dzieło sztuki", "Jak czytać obrazy" itp. Za to na pewno można wracać do "O sztuce" Gombricha.

Co odkrywa Gombrich?

- Gombrich równolegle do historii sztuki zajmował się psychologią percepcji. Jego książkę "Sztuka i złudzenie" można polecać jako cenną lekturę pomocniczą. Gombrich zajmuje się tam m.in. konwencjami, które ciążą na widzeniu zarówno artystów, jak i odbiorców. Pokazuje np., jak pejzażyści z początku XIX wieku, kiedy wiadomo było, że gotyk powinien być wysmukły i strzelisty, malując gotycki zamek, malowali go jeszcze bardziej strzelistym i wysmukłym, niż był w rzeczywistości, bo nieświadomie wpasowywali się w romantyczne marzenia i wyobrażenia.

Gombrich, idąc zresztą za dawną intuicją wielu artystów, wskazywał również na bardzo istotny w odbiorze sztuki proces projekcji. Polega on na tym, że obraz niepełny, niedopowiedziany bardziej pobudza wyobraźnię niż doskonały i gotowy, który potrafi wyobraźnię zahamować, nie pozostawiając dla niej miejsca. Można to przenieść na literaturę o sztuce. Kiedy ktoś poucza nas, jak mamy patrzeć na sztukę, to nas blokuje. Ale wystarczy, że tak jak to się dzieje w poezji, pojawi się jakiś impuls, sygnał czy nawet zupełnie błahe wskazanie - wtedy nasza wyobraźnia dostaje kopniaka.

Czy widzenia można się nauczyć?

- Można, ale nie przez książki o sztuce. Teraz widzę, jak pomaga w tym aparat cyfrowy. Łatwość tej techniki wyzwala z kanonów fotografowania. Jeszcze dziesięć lat temu trzeba było oszczędzać filmy, zmieniać je, płacić za wywoływanie, zamawiać odbitki itd. Do fotografii trzeba się zatem było przymierzyć: skomponować, skadrować, skorygować to, co widzimy, wpasowując obraz w jakieś znane już porządki. W podróży sfotografować zabytek najlepiej tak, aby wyglądał jak w przewodniku. Teraz jest wolność, można sfotografować wszystko, złe ujęcia wyrzucić z pamięci aparatu, naładować baterię i zacząć od nowa. I ludzie fotografują błahostki, nieważne spostrzeżenia, to, co sami uważają za warte utrwalenia: tu jakiś żuczek, tam śmieszna plama czy kałuża, niekoniecznie fasada katedry. A jeśli to fotografują, to znaczy, że potrafili to dostrzec.

Proust był zawsze uważany za autora, który otworzył literaturę na nieznane wcześniej barwy, smaki, niuanse.

- Oczywiście, jego opisy Wenecji są niezrównane, ale dla mnie Proust nie jest obrazotwórczy. Może jestem niesprawiedliwa, bo on pięknie pisze o sztuce. Toczy się natomiast uczona dysputa: jest kawałek żółtej ściany w "Widoku Delft" Vermeera czy go nie ma? Znakomity historyk sztuki Hans Belting twierdzi, że go tam nie ma. A przecież w słynnym fragmencie "Poszukiwania straconego czasu" pisarz Bergotte umiera, patrząc właśnie na kawałek żółtej ściany w obrazie Vermeera, o nim przedśmiertnie bełkoce. To jest może poza tematem naszej rozmowy, ale fascynujące jest, że literacki opis obrazu może być bardziej sugestywny od samego obrazu. Do jakiego stopnia jesteśmy zaprogramowani przez literaturę do jego widzenia? W "Sztuce cenniejszej niż złoto" Jana Białostockiego są opisy obrazów Petera Bruegla przedstawiających pory roku. I nadal, kiedy patrzę na obrazy z tego cyklu w Kunsthistorisches Museum w Wiedniu, jak za naciśnięciem guzika odzywa mi się w głowie ta "ziemia dysząca płodem".

To niedobrze?

- Tak bym nie powiedziała. Jeśli dzięki literaturze jakiś zabytek, obraz, dzieło sztuki przywołuje lawinę skojarzeń, to chyba bardzo dobrze. Chodzi tylko o to, by unikać literatury, która jest doktrynalna, która narzuca gotowe sposoby widzenia. "Sztuka cenniejsza niż złoto" to nie jest książka doktrynalna. Jest zresztą pokrewna "O sztuce" Gombricha, której angielski tytuł brzmi "Story of Art". A więc to nie historia sztuki, tylko opowieść o niej. Podtytuł książki Białostockiego to także "opowieść o sztuce europejskiej". Są to książki, w których widoczny jest narrator, a nie podręczniki, które trzeba przyswoić, bo pani nauczycielka będzie odpytywała.

Kultura dostarcza nam dzisiaj natłoku wizualnych wrażeń. Jak to jest z punktu widzenia profesora historii sztuki: ludzie widzą więcej czy mniej?

- Wielkie pytanie: czy profuzja wizualności, która nas otacza i przytłacza, znieczula czy pobudza? To są indywidualne sprawy. Z uniwersyteckiego punktu widzenia uważam, że studenci są dzisiaj lepsi, niż byli za moich czasów. Żyją w znacznie bardziej otwartym świecie, podróżują, nie mają kompleksów. Przez to, że zmienił się sposób uczenia, są bardziej wolni, sami szukają wiadomości, nie są już zależni od tego, czy jakaś książka jest w bibliotece. Internet to dla nauczania przełom kopernikański, wyzwolenie się spod władzy posiadających wiedzę. Czy to pomaga widzieć? Nie wszystkim, tylko tym, którzy mają ku temu predyspozycje. Z drugiej strony wiadomo, że są ludzie, którzy mają słuch absolutny, są tacy, którzy mają przyzwoity, i wreszcie tacy, którzy nie są w stanie zaśpiewać poprawnie kilku nut. Tak samo jest z widzeniem, tylko to jest mniej uchwytne. Niewątpliwie ci, których nazwiska tu padły, są wyposażeni w bardziej wrażliwe instrumentarium w oku.

*Prof. Maria Poprzęcka - historyczka sztuki. Za książkę "Inne obrazy. Oko, widzenie, sztuka. Od Albertiego do Duchampa" (2008) otrzymała nagrodę Gdynia.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2
  • 1
  • 1
  • 5
  • 1
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    23 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':