http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Droga, którą przebył - laudacja Władysława Bartoszewskiego

Władysław Bartoszewski
2011-05-24, ostatnia aktualizacja 2011-05-25 12:03

- Panie prezydencie, i jak pan ocenia naszego Lecha Wałęsę? On spojrzał na mnie i mówi: - Herr Bartoszewski, to jest zjawisko natury - Władysław Bartoszewski wspomina spotkanie z Richardem von Weizsäckerem.

Władysław Bartoszewski
Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
Władysław Bartoszewski
Dane mi było bardzo późno poznać Richarda von Weizsäckera osobiście i w dość dramatycznej sytuacji dla Polaków i dla Niemców. W 1982 r. jesienią znalazłem się jako stypendysta w Berlinie Zachodnim, wtedy jeszcze niektórzy z moich przyjaciół, jak Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, przebywali w internowaniu i ja czułem się niejako za nich zobowiązany do mówienia o sprawach, które były nam wspólne.

W college'u, który mnie zaprosił, poznałem Axela von dem Bussche. Wiedziałem, że jest postacią dramatyczną, tragiczną właściwie. Oficer, który przeżył wstrząs swego życia, gdy zobaczył na Wschodzie, jak hańbione jest dobre imię Niemiec. I powiedział mi Axel von dem Bussche w jednej z naszych rozmów: - Pan był polskim oficerem w służbie aliantów w ruchu oporu, a ja w regularnej armii mojego państwa. Ja panu zazdroszczę. Pańska moralna sytuacja była dużo lepsza.

Axel von dem Bussche poznał mnie wtedy ze swoim przyjacielem, nadburmistrzem Berlina Richardem von Weizsäckerem. Zacząłem się z nim widywać. Wiedziałem o jego roli w kierownictwie Kościoła ewangelickiego, wiedziałem o wielu elementach, które wskazywały już na daleko idącą drogę, którą przebył.

Niesłychana była jego mowa już jako prezydenta Niemiec wypowiedziana w plenarnej sali Bundestagu 8 maja 1985 r. z okazji 40-lecia zakończenia wojny w Europie i zakończenia narodowo-socjalistycznej przemocy. Żaden jego poprzednik tak nie powiedział:

- Hitler był tym, który uciekł się do przemocy. Wybuch II wojny światowej pozostaje związany z imieniem Niemiec. Podczas tej wojny narodowo-socjalistyczny reżim dręczył i hańbił wiele narodów. Na końcu został tylko jeszcze jeden naród, który mógł być dręczony, zniewolony, hańbiony - własny naród niemiecki. A Hitler mówił wielokrotnie - to jest mój wolny przekład z niemieckiego - "jeżeli naród niemiecki nie będzie zdolny zwyciężyć w tej wojnie, to lepiej niech przepadnie".

Tę filozofię przypomniał Richard von Weizsäcker jako głowa państwa. I to było historyczne wydarzenie. Mało w Polsce znane, w Niemczech było przedmiotem żywej dyskusji i poruszyło wybitnych ludzi. Tylko niemiecki nawyk szacunku dla autorytetów i dla autorytetu głowy państwa powodował, że te krytyki utrzymywały się w tonacji przyzwoitej, ale były bardzo wyraźne.

Rok później jako bawarski profesor gościnny otrzymywałem Nagrodę Pokojową Księgarstwa Niemieckiego we Frankfurcie nad Menem 5 października 1986 r. Obficie wtedy cytowałem w przemówieniu historyczną mowę sprzed roku - te najdrastyczniejsze miejsca. On zaś mrugał oczkiem i się uśmiechał z pierwszego rzędu, ale oczywiście milczał, a ja cytowałem co najbardziej dyskusyjne wypowiedzi głowy państwa do Niemców.

W ciągu niewielu lat stałem się ambasadorem nowej Polski w Wiedniu. Jest rok 1989, w Polsce wybory są rozstrzygnięte, tworzy się rząd. Tadeusz Mazowiecki dzwoni do mnie i mówi: - Słuchaj, ma być Wałęsa w Niemczech, ja nie mogę być. Wejrzyj trochę w to, co tam się będzie działo, bo trochę jestem niespokojny.

No więc jak mówi mój premier desygnowany, jeszcze chyba wtedy nie premier, bo to było przed 12 września, to naturalnie próbuję się włączyć. Okazuje się, że jest szalenie jest trudno, bo każdy ma ambicje, żeby drugiego nie wpuścić. Ja niczego nie chcę, chcę coś pomóc. Nagle von Weizsäcker dzwoni przez swój sekretariat, czy przyjąłbym jego zaproszenie na jego spotkanie z Lechem Wałęsą.

Przyjeżdżam, jestem u von Weizsäckera w domu, w Bonn oczywiście, bo to była wtedy stolica. Po chwili pojawia się Wałęsa z przedstawicielem związków zawodowych i tłumaczką, Ślązaczką. Wchodzi Wałęsa i mówi: - O, pan Bartoszewski, a pan co tu robisz?

- Panie przewodniczący no jestem zaproszony, żeby pana czcić.

- A to dobrze.

Usiedliśmy przy kawie i to była bardzo interesująca rozmowa tych dwóch panów. Ja ani słowa nie mówiłem, tylko słuchałem. Może w dwóch czy trzech przypadkach poprawiłem Ślązaczkę, jak źle tłumaczyła, ale siedziałem spokojnie.

Wałęsa wyszedł, a ja zostałem z von Weizsäckerem, bo on to zaproponował. Wypiliśmy jeszcze jedną kawę i ja mówię: - Panie prezydencie, i jak pan ocenia naszego Lecha Wałęsę?

On spojrzał na mnie i mówi: - Herr Bartoszewski, to jest zjawisko natury.

To była jego opinia, bardzo sympatycznie zresztą wyrażona. Zrozumieliśmy się, mrugnęliśmy do siebie i rozstaliśmy się.

W listopadzie 1989 r. odbyło się bardzo sprytne spotkanie zorganizowane przez Izbę Przemysłowo-Handlową w Kolonii. Przyjechał z Warszawy ogromny peleton ludzi. Był Jacek Woźniakowski, byli jezuici, Kazimierz Dziewanowski, przyszły ambasador w Waszyngtonie, Jan Józef Lipski... I przyjechał von Weizsäcker, który wcale nie musiał brać w tym udziału. Podszedł do mnie, czy mogę go poznać z Lipskim, bo to jest przecież ten wielki człowiek, który napisał "Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy". On to znał, czytał. Zapoznałem go z Janem Józefem Lipskim i tłumaczyłem rozmowę, bo Lipski nie mówił po niemiecku.

Opowiem, co von Weizsäckera bardzo ucieszyło w dalszym rozwoju sytuacji w Polsce. Kiedy Jerzy Buzek, luteranin, został premierem rządu polskiego, on powiada do mnie przy jakimś spotkaniu w Niemczech, wtedy już nie był prezydentem: - No do tego doszło, że kacerz został premierem Polski. To niezwykłe, to jest naprawdę nowa Polska. Jestem bardzo usatysfakcjonowany.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':