1 maja
Niemcy otwierają dla Polaków swój rynek pracy. Powiatowy Urząd Pracy w Nysie organizuje więc w marcu targi, na których mają ogłaszać się niemieckie szkoły i firmy, które chcą przyjąć młodych Polaków. - Mamy już 50 firm, są szkoły, a także pośrednicy zbierający uczniów do niemieckich szkół - mówi Kordian Kolbiarz, szef PUP w Nysie. Oferta skierowana jest głównie do absolwentów szkół zawodowych, którzy mają ukończone 18 lat. - Niemcy oferują im roczną, dwuletnią lub trzyletnią naukę zawodu w placówkach oddalonych o 200-300 km od granicy. Kuszą stypendium w wysokości 1,2 tys. euro. Twierdzą, że wezmą tylu, ilu się zgłosi - mówi Kolbiarz.
Chcą kształcić młodych Polaków w zawodach dla przemysłu, m.in. spawaczy, zawodach w sektorze usługowym.
Z Opolszczyzny wyjechało do pracy za granicą najwięcej ludzi z Polski, do 2004 r. aż 12 proc. mieszkańców. Z danych spisowych z 2002 r. wynika, że za granicą było 100 tys. osób zameldowanych na Opolszczyźnie, w zdecydowanej większości pochodzenia niemieckiego. Do tego trzeba dodać 100 tys. osób, które wyjechały z regionu po wejściu Polski do UE. Tu zdecydowaną większość stanowi ludność napływowa na te ziemie po II wojnie światowej. Nie ma danych, ile z nich wróciło lub zamierza wrócić do Polski. Z szacunków dr. Szczygielskiego wynika, że za granicą, na stałe lub czasowo, jest 200 tys. mieszkańców Opolszczyzny.
Samorząd województwa, widząc, jak dramatyczny ma to wpływ na demografię regionu, stworzył programy "Opolskie - tutaj zostaję", i "Opolskie - tutaj powracam", które miały zatrzymać odpływ młodych mieszkańców albo zachęcać emigrantów do powrotu. Pomysł PUP w Nysie idzie więc wbrew działaniom władz województwa.
Problem dostrzegł też
Kościół. Bp opolski Andrzej Czaja w 2009 r. wezwał emigrantów do powrotów, w czasie kolędy rozdano ponad 100 tys. ulotek. Biskup mówił o emigrantach tułaczach "obcych tam i coraz bardziej obcych tu".
Wicemarszałek Józef Kotyś z Mniejszości Niemieckiej w marcu 2010 r. spotkał się z opolanami pracującymi w Holandii i namawiał, by wracali. Słyszał najczęściej takie opinie: - Każdy z nas chciałby wrócić, tylko do czego? W Polsce musiałam sprzedać
samochód, żeby żyć. Tutaj mamy z mężem już drugi, kupiliśmy dom, planujemy życie, bo mamy dobrą pracę.
Teraz Kotyś ostrzega przed skutkami wyjazdów młodych ludzi do szkół niemieckich. - My już we wschodnich powiatach województwa [zamieszkałych przez MN] to przeżyliśmy. Młodzi jeśli wyjeżdżają, to zakładają tam rodziny i już to nie wracają. Gminy będą miały wprawdzie mniejsze bezrobocie, ale za chwilę będą zamykać szkoły, bo młodzi, zamiast się kształcić, po zawodówkach będą emigrować. Inwestorów także nie przyciągniemy, jeśli nie będziemy mieli młodych pracowników. Pozbywając się potencjału ludzkiego, pozbędziemy się swego atutu - ostrzega.
Według
GUS w 2035 r. województwo opolskie będzie liczyć zaledwie 850 tys. mieszkańców, o 200 tys. mniej niż obecnie. To skutek wyjazdów młodych ludzi i najniższego w kraju przyrostu naturalnego.
O wyjazdach decyduje jednak ekonomia. Z badań profesora Romualda Jończego z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu przeprowadzonych na zlecenie opolskiego urzędu marszałkowskiego liczbę Opolan przebywających za granicą w minionym roku szacuje się na 115 tys. osób, z których ok. 70 proc. pracuje wyłącznie za granicą. Ich zarobki uzyskane w 2010 roku wyniosły prawie 6 mld zł, z czego blisko 4,2 mld zostaje wydane w Polsce. Daje to ponad 50 tys. rocznie na jednego pracującego za granicą, a 6,4 tys. w przeliczeniu na mieszkańca województwa.
Dr Kazimierz Szczygielski z Instytutu Śląskiego zajmujący się migracjami od lat mówi o teorii sieci. - Ślązacy czy Niemcy wyjeżdżający do Niemiec stworzyli już swoistego rodzaju sieć. Rodzinę mają i w Polsce, i za granicą, często część życia spędzają u nas, a część - nazwijmy to - na Zachodzie. Pracują tam, gdzie w danym okresie mają lepiej płatną posadę lub gdzie koszty życia są niższe. Często już jako powód wyjazdu podają sprawy rodzinne, edukacyjne, nie tylko zarobkowe. W Niemczech urządzili się już dobrze, weszli w tamtejszą gospodarkę, ściągają już rodziny do konkretnej pracy. Część tych ludzi wróci, gdy osiągniemy 85 proc. PKB Unii Europejskiej. Z moich wyliczeń wynika, że dla Opolszczyzny będzie to rok 2048 - twierdzi Szczygielski.
Kolbiarz zdaje sobie sprawę, że organizując takie targi, narazi się m.in. dyrektorom szkół. - Ale w powiecie nyskim bezrobocie przekroczyło już 22 proc., bez pracy jest ponad 10 tys. osób i będzie rosło. Nie powstają nowe firmy, nie mamy dla tych młodych ludzi propozycji. Hasło "Opolskie tutaj zostaję" jest może i fajne. Ale zostaję, by być bezrobotnym? Demografowie biją na alarm, ale co to obchodzi młodych, którzy nie mają pracy - pyta.
Sytuacja jeszcze się pogorszyła w wyniku obcięcia przez Ministerstwo Pracy pieniędzy na tak zwaną aktywizację bezrobotnych. - Mieliśmy w 2010 r. 35 mln zł, teraz tylko 5 mln - mówi Kolbiarz. - Muszę ograniczyć nawet staże dla absolwentów, o robotach publicznych już nawet nie mówię. Młodzi i tak wyjadą, hasłami ich nie zatrzymamy.