Na pozór w tekście Wildsteina nie ma nic nadzwyczajnego. Już sam tytuł artykułu - "Autorytet powraca" (opatrzonego przez redakcję wyjątkowo niekorzystną fotografią Piesiewicza) wskazuje, w jakim kierunku pójdzie czołowy publicysta IV RP. Dosyć więc przewidywalnie Wildstein zalicza Piesiewicza do grona "elit, którym wolno wszystko i nic nie może ich skompromitować". Dołącza też do grona znawców psychologii, którzy z wyższością i kpiną oceniają jak to Piesiewicz naiwnie uległ szantażystom, sugerując, że oni w żadnym wypadku by nie ulegli. Dostaje się Tomaszowi Lisowi (Piesiewicz udzielił mu wywiadu w ostatnim "Wprost") i Janinie Paradowskiej (bo zaprosiła senatora do
radia TOK FM i po rozmowie powiedziała, że będzie na niego głosować)
Przewidywalne do bólu. Tak samo musiał chyba uznać Wildstein, bo postanowił, że do ogranego już zestawu zarzutów dorzuci rys nowy, którym wyróżni się z nudnawego chóru.
Przypomniał życiową tragedię Piesiewicza - śmierć matki, zamordowanej w 1989 r. przez nieznanych sprawców. Ta sprawa jest jedną z traum Piesiewicza. Matka związana była samozaciskającą się pętlą, podobną do tej, jaką skrępowano księdza Jerzego Popiełuszkę (senator był oskarżycielem posiłkowym w procesie jego zabójców).
Podsumowując ten wątek Wildstein stwierdza: "Pomimo przypominania o tej tragedii nie są znane żadne przedsięwzięcia Piesiewicza w celu jej wyjaśnienia".
Nie wiem, skąd Wildstein ma taką wiedzę. Nie wiem kto mu dał prawo do oceniania najbardziej delikatnych uczuć i działań człowieka po tragicznej stracie matki.
Ale swoją podłą sugestią pokazał głębię arogancji człowieka, który uważa, że to właśnie jemu wszystko wolno.