"Wczorajsza prezentacja białej księgi w sprawie katastrofy smoleńskiej była klasycznym przykładem niewykorzystanej szansy. (..) Trzech smutnych panów z
PiS siedzących nieruchomo za ogromnym stołem prezydialnym było zaprzeczeniem politycznej atrakcyjności" - pisze Dominik Zdort w
w komentarzu redakcyjnym "Rzeczpospolitej", ubolewając, że Polska nie ma tak dobrej opozycji, na jaką zasługuje. Dostaje się co prawda "większości mediów", które według Zdorta mają popierać PO, ale w sumie jego komentarz przynosi odświeżający (jak na "Rz") zastrzyk realizmu: duża część siły PO wynika ze słabości i małej wiarygodności PiS. Bo też kogo - dajmy na to - może przekonać
Antoni Macierewicz? Tylko tych, którzy już są przekonani, że to Rosjanie (i ewentualnie Tusk) są odpowiedzialni za katastrofę. A i z tymi poszło mu nie najlepiej. Pisze w "Fakcie" Łukasz Warzecha: "Owszem, Macierewicz w niektórych miejscach zadziałał jedną ze swoich ulubionych metod: zestawia fakty, które rodzą podejrzenia, ale niczego nie dowodzą".
Komentarze w sprawie raportu o katastrofie smoleńskiej są łącznie rozpaczliwie przewidywalne. "Szkoda czasu na raport Macierewicza" - mówi w "Fakcie" Tomasz Tomczykiewicz, szef klubu parlamentarnego PO. "Politycy, zamiast w zgodzie pracować nad jednym, wiarygodnym raportem, uprawiają nieustanne kłótnie" - to Jerzy Mamontowicz, brat jednej z ofiar katastrofy. (Polecam w "Gazecie" obszerny wywiad Agnieszki Kublik z ekspertem prof. Markiem Żyliczem, który podsumowuje, co wiemy o katastrofie)
Przewidywalne są także sondaże, co tak strasznie boli Dominika Zdorta: w najnowszym sondażu dla "Rz" PiS i PO dzieli znów aż 19 punktów proc. poparcia. Długo trwało, zanim koledzy z "Rz" zauważyli, jak nieudolną opozycją jest PiS. (Zdort: "Jeśli krytycy gabinetu Tuska będą nadal równie nieskuteczni, to nawet największa jego porażka nie doprowadzi do zmiany władzy"). Rozwód był długi i bolesny i chyba jeszcze się nie skończył - interesujące, na kogo przeniosą teraz swoje polityczne sympatie.
Tymczasem rząd znów się podkłada, tym razem z okazji polskiej prezydencji w Unii. W
''"Super Expressie" opowiada o niej premier Tusk. I mówi idealnie okrągłymi zdaniami pozbawionymi treści: "Będziemy walczyć o bezpieczeństwo energetyczne. Starając się, żeby
Unia Europejska mówiła w tych sprawach jednym głosem, będziemy działać w swoim dobrze pojętym interesie. Zależy nam, żeby energia była tania i nie pojawiały się przerwy w jej dostawach".
Aż kusi dopisać premierowi: "Zależy nam także, żeby była jak najpiękniejsza pogoda. Będziemy solidarnie działać na rzecz dobra wspólnego, nie zapominając o naszym dobrze pojętym interesie narodowym". W sam raz, prawda? Autor takich tekstów - mam nadzieję, że nie pisał tego premier - ma fajne i łatwe życie!
Podobne ogólniki o prezydencji wypowiada w "Polsce the Times" Beata Stelmach, wiceminister spraw zagranicznych odpowiedzialna za promocję Polski. Oto próbka: "Mam nadzieję, że to wydarzenie będzie przykładem dobrej oferty promocyjnej Polski, bo wtedy mamy szansę na osiągnięcie synergii". Ja tu widzę inną synergię, która już została osiągnięta: pani wiceminister równie stara się nie powiedzieć nic konkretnego, jak premier w "Super Expressie".
Na deser - publicystyka.
W "Rzeczpospolitej"
Bronisław Wildstein zajmuje się nowoczesnością. Nie zdradzę żadnej tajemnicy pisząc, że ten publicysta za nowoczesnym światem nie przepada. Powolny rozwój gospodarczy Europy od drugiej połowy lat 70. kojarzy mu się z rewolucją kontrkulturową oraz keynesowską polityką gospodarczą ("rodzaj perpetuum mobile, który polegał na zwiększaniu podaży pieniądza w momencie stagnacji, aby w ten sposób rozkręcić koniunkturę, podważał tradycyjną odpowiedzialność i zapobiegliwość"). Wszystko tu jest na opak - np. akurat od drugiej połowy lat 70. keynesowska ekonomia została wyparta z rządów i uniwersytetów przez nową liberalną ortodoksję - ale to na razie zostawmy, bo wymagałoby długiej polemiki. Wildstein zajmuje się także
tekstem niżej podpisanego.
O co chodzi? W dużym uproszczeniu - o to, że PiS traktuje modernizację Polski jako "wielki narodowy projekt", w którym mamy budować pod przewodnictwem narodowej elity (czyli chyba PiS?) jakąś polską odmianę nowoczesności - o naszych, narodowych cechach (a więc np. bez związków jednopłciowych i innej zachodniej zgnilizny) i nasz, polski, kapitalizm. Wildsteinowi wydaje się przeszkadzać, że przypomniałem, jak często takich przedsięwzięć próbowano. Porównałem też projekt PiS do projektów postkolonialnych w latach 50. i 60., wymieniając jako przykład Kwame Nkrumaha z Ghany.
Być może Wildsteinowi wydaje się, że takie porównanie Kaczyńskiemu uwłacza. Przeciwnie: Nkrumah był postacią wybitną, chociaż - jak to z wielkimi mężami stanu bywa - proponował bardzo złe rozwiązania bardzo realnych problemów (w tym znowu mi kogoś przypomina). To jednak dygresja.
Mój główny zarzut, którego Wildstein - jak sądzę - nie zauważył, polegał na czymś zupełnie innym: nowoczesność nie jest "wielkim projektem", ani narodowym, ani jakimkolwiek innym. Nowoczesność jest sumą indywidualnych ludzkich decyzji - dotyczących szkoły, biznesu, rodziny. Oczywiście państwo ma tu wiele do zrobienia - zaczynając chociażby od budowy infrastruktury - i w ten sposób stwarza nowoczesnemu społeczeństwu pewne ramy. Nie może jednak go uformować zgodnie z życzeniem polityków. Myślenie, że można "zaprojektować" narodową nowoczesność w takich detalach, jak chociażby (trzymajmy się tego przykładu) społeczna akceptacja związków jednopłciowych - jest aroganckim złudzeniem polityków i intelektualistów. Polityka jest treścią ich życia, nic więc dziwnego, że często im się wydaje, iż formuje ona życie społeczne jak przedszkolak plastelinę. Ale to - po prostu - nieprawda.