"Gospodarzem dzisiejszego spotkania jest Bronisław Komorowski", "Bronisław Komorowski jest prezydentem Polski", "Będę gościem prezydenta Komorowskiego" - tak prezes
PiS Jarosław Kaczyński mówił przed spotkaniem z Barackiem Obamą w pałacu prezydenckim. Co się stało, że od miesięcy bojkotujący prezydenta Komorowskiego prezes PiS, odrzucający zaproszenia i unikający wszelkich kontaktów, nagle zmienił front?
Odpowiedź najpewniej brzmi: czysta kalkulacja i cynizm. Polskich wyborców i polityków można robić w konia, ale prezydenta
USA już nie. W Polsce można zaniżać standardy, sprowadzać debatę do wojny domowej i rzucania zniewagami, ale przed szacownym gościem nie wypada. Bo co sobie Amerykanie o mnie pomyślą.
Cieszę się, że Jarosław Kaczyński zmienił zdanie. Ale na miejscu jego zwolenników zastanowiłbym się, który prezes jest prawdziwy: ten niezłomny z ostatnich miesięcy, który niemalże wypowiadał wojnę oficjalnym strukturom państwa polskiego, czy ten gładki mąż stanu jak dziś. Jedno jest pewno: spójności w budowaniu wizerunku przez Kaczyńskiego nie ma za grosz. Jest za to rzucanie się od ściany do ściany. Czyżby w nadziei, że w przeddzień wyborów "ciemny lud to kupi".