Wczoraj na Festiwalu Planete Doc Film Festival w Warszawie pokazano film Grzegorza Kuczka pt. "Obcy gen". Krótsza wersja filmu Kuczka została wyemitowana w
TVN. Film został w ubiegłym roku nominowany do nagrody Grand Press w kategorii dziennikarstwo specjalistyczne.
Jaka jest specjalizacja redaktora Kuczka trudno z filmu dociec, gdyż na samym wstępie dziennikarz ze szczerością przyznaje, że zagadnienie organizmów modyfikowanych genetycznie jest mu zupełnie obce. W jednym z pierwszych kadrów widać jak autor otwiera stronę Wikipedii na haśle GMO [od Genetic Modified Organisms]. I nie byłoby w tym nic złego. Wszak my - dziennikarze - nie musimy się na wszystkim znać. Mamy od tego ekspertów, bylebyśmy chcieli z nich rozsądnie korzystać.
Niestety, w przypadku "Obcego genu" tak się nie stało. Red. Kuczek w kolejnej scenie filmu dzwoni do specjalisty od GMO i słyszy, że ten nie będzie z nim rozmawiał. - Takich odmów miałem znacznie więcej - dowiadujemy się z filmu. A zatem temat jest tak trefny, a naukowcy tak się boją o swoją skórę, że nie rozmawiają w ogóle z dziennikarzami.
Właściwie w tym momencie należałoby przerwać oglądanie filmu, gdyż każdy dziennikarz zajmujący się popularyzacją nauki w Polsce wie, że to nieprawda. W Polsce jest bowiem wielu biologów i biotechnologów, którzy świetnie znają się na GMO i nie stronią od kontaktów z mediami. Sam mogę z pamięci wyliczyć co najmniej 15 nazwisk.
Na niezorientowanym widzu, to może jednak zrobić wrażenie. I rzeczywiście film wrażenie robi. Jest dobrze zmontowany, wartki, świetnie buduje napięcie. Cały problem polega na tym, że jest w wielu wątkach nieprawdziwy, bardzo jednostronny, z wyraźną tezą, że GMO szkodzi. Wywołuje alergie, niepłodność, a być może raka. Kuczek tak dobrał rozmówców, by wszyscy mówili jednym głosem, a jako przeciwwagę widzimy jedynie żądnych zysku producentów pasz czy środków chwastobójczych.
Problem filmu polega też na tym, że autor miesza w nim dosłownie wszystko wrzucając do jednego worka GMO, chemizację rolnictwa, produkcję pasz, ginące pszczoły, itp., itd.
Po projekcji filmu w sali kina "Muranów" odbyła się debata na temat GMO, która w odróżnieniu od filmu była już bardziej wyważona - mogliśmy usłyszeć zatem jedne glosy przeciw i inne za GMO. Red. Kuczek przyciśnięty do muru w kwestii niemożności dotarcia do specjalistów od GMO, oświadczył, że owszem zna takie osoby, nawet z nimi rozmawiał, ale uznał, że wszyscy są umoczeni i niemiarodajni, bo ich badania są finansowane przez firmy biotechnologiczne.
Film ma swoje zalety. Gratuluję panu Kuczkowi, że to za jego sprawą z opakowania Roundupu zniknął napis "biodegradowalny". To niewątpliwy sukces dziennikarza. Red. Kuczek wyraźnie sprawdza się więc w demaskowaniu indolencji urzędników, ale niestety nie w rzetelnym informowaniu o GMO.
Robiąc film na ten temat nie można wyłącznie straszyć i strzelać do jednej bramki. Świętą zasadą dziennikarską jest wysłuchanie dwóch stron. Tymczasem tu w imię tego, by obraz był bardziej krwawy, by przerażał nieznających się na rzeczy widzów, wciska się im jedyny słuszny obraz rzeczywistości.
Redaktorowi Kuczkowi polecam lekturę artykułu wybitnego genetyka prof. Davida Baltimora, który z okazji ukończenia prac nad sekwencjonowaniem genomu człowieka ponad 10 lat temu na łamach "Nature" napisał: "Niektóre z ludzkich genów wydają się pochodzić raczej bezpośrednio od bakterii niż na drodze ewolucji z bakterii do człowieka. Dlatego chimery genetyczne, które składają się z genów pochodzących z różnych organizmów mogą pojawiać się zarówno w sposób naturalny jak i być tworzone w laboratorium (niech zanotują to oponenci GMO)".
Przykre, że taki film doceniają - nie znający się też na rzeczy, bo niby skąd mają się znać - jurorzy Grand Pressu, a teraz pokazuje go najlepszy polski dokumentalny festiwal filmowy.