Piąty tydzień lotów nad Libią zaczął się od
wstrząsającego doniesienia amerykańskiej gazety "Washington Post" o tym, że samolotom NATO zaczyna brakować amunicji. Kończą się przede wszystkim tzw. inteligentne bomby - pociski, które dzięki specjalnym systemom naprowadzania uderzają dokładnie w wyznaczony im cel, a nie np. w znajdującą się obok szkołę.
Wystarczająco dużo takiej amunicji mają Amerykanie, ale ci przestali ostrzeliwać cele w Libii. Konwoje i kolumny pancerne Kaddafiego, który wciąż próbuje odbić oswobodzone przez rebeliantów miasta, ostrzeliwują głównie Brytyjczycy i Francuzi. To nie oznacza, że Amerykanów nad Libią nie ma. Bez ich wsparcia logistycznego, samolotów rozpoznania i dowodzenia, zagłuszarek blokujących linie komunikacyjne Kaddafiego i bez ich latających cystern Francuzi, Brytyjczycy, a także m.in. Belgowie i Norwegowie w ogóle by nie wystartowali.
Przez całe lata kraje NATO cięły budżety obronne. W Wlk. Brytanii krytycy oszczędności ostrzegają, że armia tego kraju za chwilę nie będzie gotowa bronić własnego terytorium, nie mówiąc już o jakichkolwiek misjach zagranicznych. Belgijscy politycy od lat dyskutują o likwidacji armii. Francuska armia jest cieniem potęgi sprzed kilkudziesięciu lat. Polska armia zna swoje słabości na tyle dobrze, że na szczęście się do Afryki nie wybrała.
Kampania w Libii z wojskowego punktu widzenia jest jednak operacją niewielką i nieskomplikowaną. Libijska armia była nieduża, fatalnie wyszkolona, nie dysponowała praktycznie żadnym nowoczesnym uzbrojeniem, jej oficerowie nie znają zasad nowoczesnej wojny i nie wykazali się wolą walki. A co by było gdyby Sojusz musiał się bronić przed dobrze wyszkoloną, dużą i bojową armią atakującą jego terytorium? NATO stanie za chwilę w obliczu wyboru - albo Amerykanie znowu zaczną bombardować wojska Kaddafiego, albo kampania ustanie, bo zabraknie amunicji.
W tym drugim przypadku Kaddafi wygra wojnę i pozostanie u władzy, a Sojusz się skompromituje. Trudno będzie o lepszy dowód na to, że Europejczycy są mocni jedynie w gębie.