Bez wątpienia Kościołowi należał się zwrot majątku, z którego ograbiły go władze PRL. Niestety, często nie odbywało się to na uczciwych zasadach. W 2010 r. za korumpowanie Komisji aresztowano Marka P., pełnomocnika wielu instytucji kościelnych.
Nadużyć w Komisji Majątkowej było zbyt wiele, by uznać je za wypadek przy
pracy. Wielokrotnie
opisywaliśmy je w "Gazecie".
Gminy w ostatniej chwili dowiadywały się, że ziemię, na której planowały np. budowę szkoły, zabrano im sprzed nosa. Dopiero trzy lata temu pod naciskiem mediów i władz lokalnych Episkopat i rząd ustaliły, że pozostałe wnioski będą rozpatrywane z większym poszanowaniem praw samorządów.
Komisja opierała się na ogół na wycenach przedstawianych przez stronę kościelną, które zdaniem gmin bywały nawet kilkakrotnie zaniżane.
Kto jest winien niesławy Komisji? I państwo, i
Kościół. To w ustawie o stosunku państwa do Kościoła katolickiego z 1989 r. zapisano, że od jej decyzji nie ma odwołania. Nic też nie tłumaczy skandalicznego niechlujstwa członków Komisji, którzy te same wnioski rozpatrywali kilkakrotnie.
Kościół skwapliwie z tego korzystał. A gdy nadużycia wyszły na jaw, duchownych bulwersowało głównie to, że media je nagłaśniały. Abp Stanisław Budzik mówił nawet o "systemowym ataku na Kościół", snując analogie do czasów stalinowskich.
Gdy rok temu Komisja zakończyła
pracę, jej współprzewodniczący ze strony kościelnej tryskał humorem: - Reprezentowałem interesy Kościoła, trudno, żebym chciał, by Kościół dostawał mniej.
Ale Kościół nie ma powodów do zadowolenia. Wielu katolików może nań teraz patrzeć właśnie przez pryzmat Komisji Majątkowej. Brzydka to wizytówka.