Internet wygrał więc z ACTA, ale pozostał problem, który ta umowa miała rozwiązać. Łatwe i bezkarne kopiowanie filmów, książek czy muzyki w internecie niszczy model biznesowy, na którym dotychczas opierała się produkcja dużej części dóbr kultury.
Można nie współczuć bankrutującym wydawcom czy firmom fonograficznym, którzy swoją arogancją i tupetem często na współczucie nie zasłużyli. Można uważać, że żaden twórca nie powinien zarabiać dziesiątków milionów dolarów i że zdolni ludzie będą chcieli być pisarzami czy piosenkarzami za mniejsze pieniądze - chociaż naprawdę tylko bardzo nieliczni twórcy zarabiają dużo.
Można sądzić, że ACTA próbowała wejść tylnymi drzwiami i rozszerzać prawa wydawców w sposób naruszający wolności obywatelskie - chociaż, jak przekonuje
Unia Europejska, wiele zarzutów wobec ACTA jest nieprawdziwych. Nie uniemożliwi ona np. biednym krajom zakupu tanich leków.
O to wszystko trzeba się spierać. Zasadniczy problem jednak pozostaje: jak zagwarantować twórcom godziwe wynagrodzenie za ich
pracę? Prawo autorskie zostało wynalezione jako odpowiedź na to pytanie. Owszem, jest niedoskonałe i rodzi patologie, ale długo spełniało swoją funkcję. Możemy uznać je za szkodliwy relikt przeszłości i zezwolić na kopiowanie wszystkim wszystkiego. Nie mam z tym problemu. Ale wtedy trzeba wymyślić inny sposób na wynagradzanie
pracy twórczej. Z tym już gorzej.