Wówczas rzucał gromy na "pseudoekspertów", którzy "chcą bolesnych reform".
Teraz już premier „uwierzył”. - Rządowy projekt przewidujący podwyższenie wieku emerytalnego będzie wysłany do konsultacji - cytują gazety
w poniedziałek. Tusk zapowiedział „projekt czysty", bez żadnych wyjątków. Wiek emerytalny będzie wydłużany stopniowo i mężczyźni będą kończyć
pracę w wieku 67 lat w 2020 r., a kobiety - dopiero w 2040 r.
SLD się domaga, by kobiety mogły przechodzić na emeryturę po 35 latach
pracy, a mężczyźni - po 40.
We wtorek wraz z OPZZ Sojusz zaczął zbierać podpisy pod wnioskiem o referendum. Lewica ma słaby refleks, bo „Solidarność” już zebrała ponad milion podpisów.
Referendum jest bez sensu. Głosując przeciwko reformie, Polacy musieliby opowiedzieć się za bardzo niskimi emeryturami i bardzo wysokimi podatkami. Niestety, opozycja o tych skutkach ubocznych pozostawienia status quo nie wspomina.
PSL chce, aby kobiety, które mają
dzieci, mogły wcześniej dostawać emeryturę. Dodajmy: głodową. To powrót do systemu wcześniejszych emerytur, które ten sam rząd zlikwidował kilka lat temu.
W środę po emerytalnej debacie u prezydenta minister pracy Władysław Kosiniak-Kamysz z PSL powtórzył za premierem, że zgłasza „czysty” projekt. A zarazem deklaruje: „Mnie projekt PSL osobiście bardzo się podoba". „Osobiście” - więc minister nie zgadza się z własnym premierem.
U prezydenta lawirował też
Janusz Palikot. W kampanii rugał Tuska, że nie robi reform, a teraz niby popiera podniesienie wieku emerytalnego, ale żąda "ochrony najsłabszych". Co to znaczy, nie wiadomo.
W piątek premier i minister pracy spotkali się z Komisją Trójstronną. Premier dodatkowo zapewnił działaczki Kongresu Kobiet, że od podniesienia wieku nie odstąpi i gotów za to nawet dać głowę.
Dziś Tusk ma przeciwko sobie koalicjanta i całą opozycję. I około 80 proc. społeczeństwa. Rozpoczyna się najtrudniejsza w III RP batalia o reformę.