Minister transportu Sławomir Nowak nie miał innego wyjścia, niż Klicha odwołać.
Komisja od dawna była sparaliżowana konfliktem swego szefa z podwładnymi, którzy nie wyobrażali sobie
pracy z Klichem. Konflikt na pewno wpływał na jakość jej prac, a jest to kluczowa instytucja w dziedzinie bezpieczeństwa lotniczego.
Klich zbyt często wykorzystywał to, że był jedynym Polakiem akredytowanym przy rosyjskim Międzypaństwowym Komitecie Lotniczym (MAK) prowadzącym śledztwo ws.?katastrofy smoleńskiej. Miał niezwykłe "parcie na szkło", w rozmowach z dziennikarzami zdarzało mu się mówić rzeczy niedopuszczalne. To przecież Klich m.in. ujawnił tuż po rozbiciu się tupolewa, że szef sił powietrznych gen. Andrzej Błasik był w kokpicie. I choć dziś wiele wskazuje na to, że tak było, to nie powinien tego mówić, nie mając stuprocentowej pewności. A wtedy nie mógł jej mieć.
Kuriozalnie wypadła próba Klicha dostania się do Senatu - przy wykorzystaniu medialnego rozgłosu, który wynikał z jego roli w wyjaśnianiu katastrofy smoleńskiej. W okręgu leszczyńskim zdobył ponad 11 tys. głosów i zajął trzecie miejsce. Ktoś, kto z racji pełnionej funkcji bezwzględnie powinien być apolityczny, stracił tym samym wiarygodność.
Równie kuriozalne były przepychanki między Klichem a polskim rządem ws. wyjaśniania tragedii z 10 kwietnia 2010 r., gdy szef PKBWL konsekwentnie publicznie odmawiał jakiejkolwiek współpracy. W przypadku takiej tragedii jak ta w Smoleńsku był to upór szkodliwy.
A już zupełnie żenujące było potajemne nagrywanie rozmów z ważnymi -urzędnikami, z ówczesnym szefem
MON Bogdanem Klichem na czele. Człowiek, który w ten sposób okazuje brak zaufania do polskiego państwa, nie może liczyć, że państwo będzie miało zaufanie do niego. f