Podobna umowa wejdzie wkrótce w życie dla Rosjan z obwodu kaliningradzkiego i Polaków mieszkających w północno-wschodniej Polsce. Takie umowy to najprostszy sposób na ułatwienie życia i kontaktów ludziom mieszkającym po obu stronach granicy Unii Europejskiej. Granicy, która mimowolnie dzieli.
Normalnie, by ją przekroczyć, potrzebna jest wiza. Wiza schengeńska, którą nie jest łatwo uzyskać, która kosztuje, do której zdobycia potrzeba wielu dokumentów, bo jesteśmy członkiem porozumienia o wspólnej kontroli granic w ramach większości państw Unii i tak się chronimy przed napływem niechcianych przybyszów z zewnątrz.
Ale nawet w ramach niezbyt przyjaznego prawodawstwa schengeńskiego można sprawić, by uzyskanie wizy bolało mniej. Niedawno we Lwowie - gdzie
Polska wydaje najwięcej wiz w skali świata i gdzie zawsze były z nimi problemy - nowy konsul generalny rozesłał listy do 400 miejscowych osobistości, w których zaprasza je do konsulatu RP po wielokrotną wizę na pięć lat, jeśli mają oczywiście takie życzenie. Wizę, która nie tylko umożliwi im wyjazdy do Polski, ale do całej Europy.
We Lwowie wywołało to poruszenie. O konsulacie uznawanym dotąd za raczej nieprzyjazny i niezbyt otwarty nagle zaczęło się mówić dużo i ciepło. Jak mało było trzeba, by poprawić wizerunek Polski. Konsulowie innych państw żalą się, że teraz do nich mało kto chodzi, bo ubiegający się o wizę wolą korzystać z konsulatu Polski.
Polska na tym zarabia nie tylko punkty za wizerunek. Każda wiza - jeśli nie obejmuje ludzi zwolnionych z opłat - to w zależności od rodzaju wpływ rzędu kilkudziesięciu euro. Otwartość przekłada się więc na wynik finansowy. Ale pal licho pieniądze. Dobrze, że we Lwowie coś wreszcie drgnęło w wizach, i to na lepsze.