Czy podrabianie torebki Louis Vuittona albo
perfum Armaniego to przestępstwo? Mało kto się z tym nie zgodzi. A ściągnięcie z sieci
piosenki Adele czy filmu
Allena? Tu moralność z wirtualu zaczyna nam się rozjeżdżać z tą z realu. Łatwość, z jaką przez internet docieramy do pirackich plików, przesłania nam jasność myślenia o własności intelektualnej - ściągamy MP3 z Chomikuj.pl, choć tej samej płyty z księgarni byśmy przecież nie buchnęli.
Ale to tylko część prawdy o konflikcie, jaki wylał się z Facebooka na ulice. Redukowanie go do wściekłości młodzieży broniącej prawa do piractwa to uproszczenie. Owszem, część protestujących pewnie tylko tyle z zamieszania wokół ACTA zrozumiała. Ale niejasne zapisy w traktacie zaniepokoiły np.
GIODO i rzecznika praw obywatelskich. Czy podmiotom broniącym własności intelektualnej ACTA zamiast skalpela nie daje czasem do ręki bomby atomowej, która razem z piractwem ograniczy wolność słowa w sieci?
Rząd wątpliwości nie rozwiał. Ministerstwo Kultury odbyło konsultacje społeczne, ale chyłkiem, w gronie 27 stowarzyszeń twórców, które mogły tylko przyklasnąć ACTA. Organizacje pozarządowe dowiedziały się, że podpis pod traktatem jest przesądzony.
Rząd nie wyciągnął wniosków z podobnej wpadki przy ustawie hazardowej. Wtedy też były protesty, w końcu doszło do spotkania z premierem i sporne przepisy dotyczące internetu zniknęły. Padły obietnice dialogu. Dziś wyszedł monolog - obu stron. Wściekli internauci blokowali strony rządu. "Wściekł się" i premier, mówiąc, że nie ulegnie szantażowi.
Lekcje z tego tygodnia są dwie: internet tak przenika się z naszym życiem, że nie sposób go traktować jako przestrzeni wyjętej spod prawa - dotyczy to zarówno ochrony praw intelektualnych, jak i wolności słowa. Lekcja druga: żyjemy w internecie 2.0, społecznościowym, w którym podstawą jest dialog.