Ale nie o to chodzi. Rodzice boją się też tłoku na korytarzach. Nie chcą klas łączonych z siedmiolatkami. Chcą długo otwartych świetlic - jak w przedszkolach. W ilu szkołach tego nie ma? W ilu tak jest? Nie wiadomo.
Ministerstwo Edukacji tego nie sprawdziło. Dlaczego? Bo minister musiałaby najpierw określić, jakiego standardu oczekuje od szkoły. Ilu uczniów ma być w klasie? Do której godziny jest otwarta świetlica? I czy umywalki mają wisieć nisko jak w przedszkolu? A na to rządu nie stać. Bo samorządy natychmiast zażądałyby pieniędzy na przygotowanie takich szkół.
Rząd wybrał więc opcję "samo się zrobi". Na osłodę samorządy dostaną na ten rok subwencję obliczoną tak, jakby wszystkie sześciolatki szły do szkoły, czyli 600 mln zł ekstra. Czy to wystarczy? Nie wiadomo, bo nie ma standardów, które pozwoliłyby to ocenić.
W ten sposób
rodzice, którzy obawiają się posłania
dzieci do szkół, już zawsze będą mieli rację - bo wyznaczają sobie standardy szkoły według własnych oczekiwań. A każdy ma inne.