Warszawski Sąd Okręgowy oddalił pozew dwójki przedstawicieli mniejszości seksualnych, którzy poczuli się urażeni rysunkiem Andrzeja Krauze opublikowanym w "Rzeczpospolitej" w czerwcu 2009 r., zamieszczonym jako komentarz do zabiegów o zalegalizowanie związków partnerskich. W kolejce do Urzędu Stanu Cywilnego stoi pan z kozą i mówi: "Jeszcze tylko ci panowie i zaraz my".
Można się spierać, czy tym rysunkiem Krauze i "Rzeczpospolita" przekroczyli granice satyry, czy nie. Ale sąd bynajmniej się do tego nie odniósł. Uniknął rozsądzania tej delikatnej kwestii, stwierdzając, że ponieważ rysunek nie odnosił się do konkretnych osób, to nie można mówić o naruszeniu dóbr osobistych.
A więc można obrażać dowolnie, byle nie po nazwisku! Mniejszości narodowe, etniczne czy religijne mogą się przynajmniej odwołać do kodeksu karnego, bo ten (art. 257) zabrania "publicznego znieważania grupy ludności albo poszczególnej osoby z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości." Inne, nie mniej narażone na dyskryminacje mniejszości nie mają - wedle warszawskiego sądu - żadnej ochrony.
Dzięki temu twórczemu podejściu do prawa ochrony dóbr osobistych sąd pozbył się problemu kozy. Koniec i bomba. Kto skarżył - ten trąba. Tylko po co nam takie sądy?
Źródło: Gazeta Wyborcza