Po wczorajszej
wideo konferencji zorganizowanej przez zespół Antoniego Macierewicza z udziałem dwóch naukowców amerykańskich jest już jasne, że polityków
PiS obowiązuje przekonanie o małym znaczeniu brzozy w katastrofie TU-154. Po pierwsze samolot z brzozą się nie zderzył, a po drugie, jeśli nawet w nią uderzył, to nie stracił skrzydła.
Tę jasną wykładnię wyłożył dziś rano w RMF FM poseł PiS Andrzej Duda. Poseł, który wyraźnie zaznacza, że nie jest żadnym specjalistą od samolotów i ich katastrof domaga się wreszcie "rzetelnej ekspertyzy", bo te dotychczas przeprowadzone takimi nie są. Jest przy tym głęboko przekonany, że to dwaj profesorowie z Ameryki, którzy do wraku Tupolewa nawet się nie zbliżyli, są znacznie bliżsi prawdy niż eksperci z komisji Jerzego Millera, którzy na miejscu katastrofy byli, przebadali wrak, odsłuchali nagrania z czarnych skrzynek, przesłuchali setki świadków itd.
Z ust posła Dudy dowiadujemy się o najnowszej doktrynie PiS: nie poznamy prawdy, póki nie poddamy badaniom laboratoryjnym wraku samolotu. Dopiero te badania będą ową "rzetelną ekspertyzą", która odpowie na pytanie czy brzoza mogła oderwać skrzydło prezydenckiej
maszyny.
Tylko kto jeszcze nabierze się na potrzebę rzetelnych ekspertyz, których domaga się partia Jarosława Kaczyńskiego? Kto uwierzy, że jeśli te badania potwierdzą, że brzoza oderwała skrzydło to PiS przyjmie to spokojnie do wiadomości i przestanie mówić o wybuchach do jakich podobno doszło w powietrzu? Nie ma co na to liczyć, bo katastrofa smoleńska to kwestia wiary a nie dowodów. Zasady logiki i zdrowego rozsądku nijak się do tego mają. Dlatego
Prawo i Sprawiedliwość zawsze uwierzy ekspertom, którzy będą wygłaszali teorie o możliwości zamachu i podważali te o błędach pilotów, złej pogodzie, złym wyposażeniu lotniska, bałaganie itd.
Nawet jeśli eksperci oceniają katastrofę zza oceanu, bez dostępu do materiałów niezbędnych do analizy katastrofy.