Łatwo nie było. Sam
Jarosław Kaczyński, choć siedział przy wdowie po gen. Andrzeju Błasiku, co i raz zapadał w kilkusekundowe drzemki. Zwłaszcza, że na początku słychać było sam głos, bez slajdów (czyżby Rosjanie zakłócili transmisję?).
Prof. Kazimierz Nowaczyk z Uniwersytetu w Maryland analizował różnice w położeniu kawałków samolotu na kolejnych zdjęciach (może po prostu szukano tam szczątków i dlatego lekko je przesunięto?). Szeroko omawiał sprawę "braku TAWS38".
Przekonywał, że Tu-154 nie mógł złamać brzozy pod Smoleńskiem. Może gdyby prof. Nowaczyk nie siedział za biurkiem w Stanach, tylko jak eksperci komisji ministra Jerzego Millera był na miejscu w Smoleńsku, dostrzegłby, że ścięta została nie jedna brzoza, a kilka drzew.
Dlaczego opinie prof. Nowaczyka, który po prostu ściągnął sobie jakieś materiały z internetu, miałyby mnie bardziej przekonywać niż raport Millera? Jeśli to nie samolot ściął brzozę swoim skrzydłem, to kto? Rosyjscy drwale pod osłoną mgły?
Prof. Wiesław Binienda z Uniwersytetu w Akron w Ohio za pomocą wykresów przekonywał, że kawałek skrzydła Tu-154 nie mógł odpaść po zderzeniu z brzozą. Pokazywał skomplikowane wykresy, z kątami, siłami i trajektorniami. Nie wiem tylko skąd profesor wziął dane, które "wrzucił" do swojego modelu matematycznego, np. dane dotyczące materiałów z jakich zrobiono skrzydło Tupolewa?
Oba wystąpienia były dla laików nie do zweryfikowania. Równie dobrze mówcy mogli przemówić do posłów
PiS po chińsku. Chodzi jednak o sygnał, że są eksperci - i to z tytułami profesorskimi, z samej Ameryki, - którzy całkowicie podważają raport Millera.
Bo jak nie brzoza, to - wiadomo - Rosjanie. Co było do udowodnienia.