Podsycanie przez
PiS z przyległościami konfliktu politycznego na tle katastrofy smoleńskiej nie dziwi. PiS nie ma innego paliwa. Tę partię stać tylko na demagogię klęski i narodowego upokorzenia.
Zdumiewająca jest jednak sprawność, z jaką wciąga w smoleńską obsesję politycznych oponentów, media, dużą część opinii publicznej.
Antoni Macierewicz, autor najbardziej karkołomnych teorii spiskowych, nie wychodzi z telewizora. Ludzie mówią, że mają dość, ale kompulsywnie słuchają, czytają, klikają.
Kłótnie o "bombę" czy wrak tupolewa toczą się w rodzinach. Wuj jest znawcą konstrukcji kokpitu, a kuzyn - fonoskopii. Ojciec czuje psychologię generała, bo kiedyś był w wojsku. Babcia nigdy nie uwierzy ruskim, bo dziadek był na Syberii.
To, że tylu ludzi stało się ekspertami od katastrof lotniczych, pokazuje, jak łatwo u nas poderwać zaufanie do państwa. Każdy ma przecież jakieś pretensje do władzy. Mgła smoleńska je scala i uogólnia.
Śledztwo nigdy nie da pełnej informacji, bo wszyscy bezpośredni świadkowie nie żyją, więc trzeba mozolnie analizować dowody pośrednie. A każdą nową wątpliwość łatwo zamienić w podejrzenie.
Liczy się nie wiedza, lecz wiara. Nie fakty, tylko cześć "poległych". Im więcej podejrzeń, tym lepiej. Pozwalają zamknąć usta każdemu, kto sądzi, że matką wszystkich przyczyn tej tragedii była determinacja, by prezydent nie spóźnił się do Katynia.
Kto bowiem tak sądzi, kala jego pamięć uświęconą pochówkiem na Wawelu i uwłacza rodzinom ofiar. Winien milczeć albo przeprosić.
Mimo że mgła smoleńska zatruwa nasze życie, nie okazała się skuteczna politycznie. Podsyca polską nieufność, ale wyborów nie wygrywa. Jesteśmy dojrzalszym społeczeństwem, niż sądzimy.