Posłowie mieli zapalić skręta, po to, by pokazać, że to nic złego - i w ten sposób propagować ideę legalizacji marihuany. Zamiast tego udawali, że palą, co odebrało wiarygodność ich zapewnieniom, że marihuana jest nieszkodliwa. Do tego ogłosili, że chcą przetestować, jak działa nowe prawo o możliwości odstąpienia od ścigania za posiadanie niewielkiej ilości narkotyku. Tylko jak? Atrapą?
Nie ma się co oszukiwać: stchórzyli. I to chyba nie przed marszałkinią Ewą Kopacz, która pryncypialnie zawiadomiła prokuraturę. Stchórzyli dlatego, że w 2006 roku uchwalono "lex Lepper": poprawkę do konstytucji, wedle której osoba skazana prawomocnym wyrokiem za przestępstwo umyślne ścigane z urzędu traci bierne prawo wyborcze - a więc prawo startowania do Sejmu czy Senatu.
Wtedy niemal wszyscy byli za tym prawem, uniesieni oburzeniem, że przecież "kryminalistów" nam w parlamencie nie trzeba. Nieliczni ostrzegali, że to umożliwi eliminację politycznych konkurentów i pewne formy protestu. Na próżno.
Było spore ryzyko, że w przypadku posłów Ruchu Palikota prokurator nie byłby chętny do korzystania z abolicji za skręta. A najniższa nawet kara orzeczona przez sąd wyeliminowałaby Janusza Palikota i innych happenerów z życia politycznego. Więc nie dziwię się, że się wycofali.
Dziwię się tylko, że przed ogłoszeniem happeningu nie przeczytali konstytucji. Gdyby to zrobili, nie byłoby blamażu.
Źródło: Gazeta Wyborcza