Toczyła się zresztą także poza Sejmem, w portalach i telewizjach, i wszędzie zdominował ją oklepany, lecz nie mniej przez to nonsensowny podział na tych, którzy pragną Polskę zlikwidować, i tych, którzy chcą jej bronić.
Obrońcy Polski nieustająco zdradzanej przez rząd w Berlinie, Brukseli, Moskwie, właściwie w każdym miejscu świata, przystąpili do zawodów, kto najtrafniej zdiagnozuje tę nikczemność władzy i jej sługusów. Według mnie laur należy się wędrownemu posłowi Ludwikowi Dornowi, bo choć nie powiedział nic nowego, to przy okazji bezwiednie ujawnił absurd sytuacji własnej i swych wzmożonych towarzyszy.
Dorn stworzył podział na przeciwnych Polsce i chcących integracji z Unią "tubylców" i właściwy, zdrowy "naród". Gdyby własne myśli skojarzył z rzeczywistością, zauważyłby, że skoro olbrzymia większość Polaków wciąż popiera Polskę w UE, to on sam wraz ze swym jedynie słusznym narodem tworzą zdecydowaną mniejszość. Właśnie za tę obronę Polski, która prowadzi do faktycznej negacji istnienia narodu w Polsce, uhonorowałbym Dorna wieńcem z liści kapusty.
Jednak sprawa jest poważniejsza. Nie wierzę, by pośród tej nawały głupstw zrodziła się sensowna dyskusja, w jaki sposób i jak silnie mamy się integrować w Europie. Co oznacza, że ten fundamentalny dla Polski wybór nie obrośnie przejrzystymi, merytorycznymi, i co najważniejsze, wydyskutowanymi opiniami.
I nie chodzi tylko o to, że wybór ten pozbawiony wsparcia, jaki daje debata, słabiej zakotwiczy się w społecznej wyobraźni. A więc dla wielu może być niezrozumiały. Przede wszystkim grozi nam to, że będzie się dokonywał w niejasny sposób, bez klarownego celu.
Przekształcenie sporu politycznego w awanturę o zdradę pozwala bowiem stronom zachować dogodną mętność.
PiS nie jest zmuszony, by zadeklarować, czy chce Polski w Unii, czy też poza Unią. Natomiast rząd może unikać stwierdzenia, czy chce integracji głównie ekonomicznej, czy także politycznej. A przecież to właśnie te niedopowiedzenia będą rządzić naszym losem.