To oświadczenie sensacyjne, bo dotąd Kolumbia - produkująca ponad 80 proc. światowej kokainy - była radykalnym przeciwnikiem jakiejkolwiek zmiany polityki polegającej na bezwzględnym zwalczaniu narkotyków we wszelkiej postaci i wszelkich ilościach. Była w tym sojusznikiem
USA, które nie tylko pomagały Kolumbii milionami dolarów i sprzętem w niszczeniu upraw koki i tropieniu kokainowego szmuglu, ale i na świecie były razem z Rosją i Chinami głównymi filarami bezwzględnej wojny antynarkotykowej.
Teraz prezydent Santos ogłosił coś, co od pewnego czasu jest już jawnym banałem - że międzynarodowa wojna antynarkotykowa, wsparta ONZ-owskim zakazem wszelkich substancji psychoaktywnych, kosztująca miliony dolarów i toczona na ulicach europejskich czy amerykańskich miast, na szlakach przemytniczych prowadzących od Brazylii, Kolumbii,
Peru, Meksyku przez Afrykę po Azję, po prostu skrachowała.
Podaż narkotyków nie spada, za to koszty wojny niebywale brutalnej, bo toczonej o najbardziej zyskowny biznes na świecie, to tysiące trupów i nieobliczalne koszty społeczne.
Prezydent Kolumbii zaproszenie do debaty, co dalej robić z narkotykami, wygłosił w Londynie, gdzie w brytyjskiej Izbie Lordów odbywała się akurat debata na temat polityki narkotykowej.
Od 10 lat działa w Portugalii z dobrym skutkiem nowatorski program polityki narkotykowej. Od czerwca znamy raport międzynarodowej komisji autorytetów, ekspertów i mężów stanu z całego świata - m.in. byłych prezydentów Meksyku, Kolumbii, Brazylii, Szwajcarii, Irlandii, b. sekretarza ONZ Kofi Annana, noblisty Mario Vargasa Llosy i wielu innych - domagających się dyskusji i rewizji dotychczasowych zasad postępowania, które nic nie dają.
W Polsce list w tej sprawie podpisali m.in. Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski i
Wisława Szymborska. Krople drążą skałę opornie, ale wytrwale. Już dawno nie jest tak, jak 40 lat temu, kiedy jeden jedyny brytyjski tygodnik "The Economist" samotnie powtarzał, że póki narkotyki będą tak oszałamiająco zyskowne, bo nielegalne, dopóty kwitł będzie zbrodniczy narkobiznes.
Kluczowe w tej całej kampanii jest to, że przeciw dotychczasowej polityce międzynarodowej opartej na wojnie bez pardonu występują byli mężowie stanu, byli premierzy i byli prezydenci. Czynni się nie odważą - tak silny jest społeczny dogmat ponad granicami państw, że zakaz i kara rozwiązują sprawę. Wbrew potocznemu doświadczeniu i naukowym dowodom.
Także w Polsce. Politycy i partie milczą. Kiedy przyjeżdżają do nas specjaliści, np. z Kolumbii, Portugalii czy USA, by podzielić się doświadczeniami, politycy, a nawet naukowcy, na spotkania z nimi chadzają niechętnie albo wcale. Premier Donald Tusk zbywa całą sprawę zdaniem, że póki on będzie premierem, legalizacji i depenalizacji nie będzie. Tylko "Krytyka Polityczna" i
Janusz Palikot proponują rozmowę, ale reszta szacownych przedstawicieli społeczeństwa wciąż traktuje to jako żart albo wybryk.
To jest umysłowe lenistwo, odporność na fakty, intelektualna bezradność. To zbiorowy inflantylizm. Dziecko też uważa, że jak zasłoni oczy, to potwór zniknie.