Zaczyna się od typowej dla Jarosława Kaczyńskiego insynuacyjki. W swojej książce "
Polska naszych marzeń" Kaczyński pisze o kanclerz Merkel, że jej wybór "nie był wynikiem czystego zbiegu okoliczności". To znaczy, że stały za tym jakieś ciemne siły.
Takie stwierdzenie u polityka zamierzającego odgrywać jakąkolwiek rolę w polityce zagranicznej to co najmniej niezręczność. Dziennikarze "Newsweeka" dają prezesowi PiS szansę na wywikłanie się z tej sytuacji. Pytają: "Kto zrobił Merkel kanclerzem?".
- Ona wie, co ja chcę przez to powiedzieć. Tyle wystarczy - odpowiada Kaczyński, kreując się na powiernika największych tajemnic pani kanclerz.
Dziennikarze precyzują: - Stasi, bezpieka z byłej NRD, chyba jej na czele rządu zjednoczonych Niemiec nie postawiła?
- Zostawmy tę sprawę - przerywa prezes PiS.
Kaczyński nie zaprzecza. Wywiad został autoryzowany i zapewne, jak to bywa przed wyborami, każde zdanie zostało przemyślane. Sytuowanie kanclerz Niemiec w takim kontekście jest skandalem, ale widać prezesowi odpowiada utrzymanie z lekka smrodliwej atmosfery. Podtrzymuje też swoją tezę, że ostatecznym celem Angeli Merkel jest podporządkowanie Polski Niemcom.
W tym wywiadzie, jak i w poprzednich prezes PiS zapewnia, że jego politycznym celem jest zostanie premierem. Tylko jak zamierza być premierem skutecznym na polu polityki zagranicznej i wewnątrz Unii Europejskiej?
Może podczas pierwszego spotkania z kanclerz Angelą Merkel jako premier polskiego rządu powie: - Pani kanclerz, proszę zrozumieć, my jako PiS w trakcie każdej kampanii wypuszczamy trochę antyniemieckiej retoryki, bo ona pozwala nam wygrać wybory. W 2005 r. nasz poseł Jacek Kurski mówił, że dziadek Donalda Tuska zgłosił się do Wehrmachtu i dlatego Tusk prowadzi proniemiecką politykę. Wówczas się udało.
Nie sądzę, aby kanclerz Merkel przyjęła to tłumaczenie. Insynuacja, że za wyborem kanclerza w sąsiednim państwie stoją jakieś ciemne siły, a nie głosy wyborców, jest poniżająca nie tylko dla samej kanclerz, ale i dla niemieckich wyborców.
RFN jest obecnie największym płatnikiem netto w Unii Europejskiej, od dobrej woli przywódców tego kraju zależy kształt przyszłego
budżetu Unii na lata 2014-20.
Jarosław Kaczyński deklaruje, że będzie w stanie równie skutecznie negocjować ten budżet jak ekipa Donalda Tuska.
W ostatnich wypowiedziach i w swojej książce Jarosław Kaczyński konsekwentnie obraża wszystkich w stylu Janusza Palikota. Bronisława Komorowskiego nazywa "fałszywym hrabią", choć to prezydent odbierałby od niego przysięgę i wręczał mu nominację. Naigrywa się nawet z Jolanty Szczypińskiej, jednej z najwierniejszych posłanek własnej partii, że "załapała się na love story". Czym innym jest jednak obrażanie polityków na gruncie krajowym, a czym innym obrażanie najważniejszych sojuszników w Unii Europejskiej.
W niedzielę Jarosław Kaczyński, przyznając, że
Angela Merkel jest najważniejszą rozgrywającą w Unii Europejskiej, zwrócił się do Donalda Tuska, aby ten przekonał kanclerz do wydobycia
gazu łupkowego. Może oznacza to, że w relacjach z kanclerz Merkel będzie prosił o pośrednictwo premiera Tuska, bo on sam już w relacjach z Niemcami jest premierem "nic nie mogę"?