Współpraca
Wikileaks z poważnymi gazetami [mowa również o "El Pais", "Spiegel", czy "Le Monde"] okazała się dla nich kompromitująca. Po pierwsze: gazety te bawiły się bombą informacyjną, podrzuconą przez Assange'a. Po drugie: zaprosiły do współpracy anarchistę i kabotyna, przez co dodały mu powagi i wiarygodności. Wydawcy "Guardiana" i pozostałych gazet poszli na współpracę z Assange'em, bo publikując sensacyjne depesze wyczuli szansę na wyhamowanie, choć na chwilę, spadku sprzedaży, co jest w prasie trendem ogólnoświatowym. Bo nie wierzę, że uwiodło ich przesłanie Wikileaks: "Zwiększamy przejrzystość, a przez to tworzymy lepsze społeczeństwo. (...) Dociekliwe dziennikarstwo odgrywa ważną rolę w osiąganiu tych celów. Jesteśmy częścią tego przekazu".
Czy Wikileaks nadal będzie częścią tego przekazu? A może przeciekowe portale, które są dla mnie bluszczem informacyjnym, zastąpią dziennikarstwo, u podstaw którego tkwi weryfikacja i rozsądek? Pierwsza bomba informacyjna, podrzucona przez Assange'a dziennikarzom, właśnie wybuchła im w rękach.