Jak wiadomo, Kancelaria Prezydenta odmawia ujawnienia zamówionych opinii, którymi prezydent podparł się podpisując kontrowersyjną nowelizacji ustawy o
OFE. W środę Wojewódzki Sąd Administracyjny w
Warszawie uznał, że wszystkie tego rodzaju dokumenty muszą być jawne (
Jak to sąd uzasadnił i co z tego wynika - czytaj tu ).
Jacek Żakowski w czwartkowym Poranku Radia TOK FM krytykował: - Instytucjom publicznym jeszcze trudniej będzie uzyskać kompetentną ekspertyzę od fachowców. Po pierwsze dlatego, że nikt nie ma ochoty by publikowano informację o jego zarobkach [informacja o honorarium za ekspertyzę]. Ekonomista, decydując się komu doradzać: panu prezydentowi czy bankowi, zawsze wybierze bank. Instytucje publiczne będą wiec skazane na ekspertów, którzy (...) nie będą mieli innych propozycji. Czy warto w ten sposób dyskryminować władzę publiczną? Druga rzecz, to treść tych ekspertyz. Skoro mogą być upublicznione, to każdy ekspert będzie się zastanawiał nad konsekwencjami dla dalszej kariery. Jeżeli np. ekspertyzy pokazujące, jak wygląda interes publiczny, będą jawnie sprzeczne z interesem branży, z którą eksperci współpracują, np. branży finansowej, to będą się uchylali od współpracy z instytucjami publicznymi. Bo po co mają tracić rynek zbytu na swoją pracę w przyszłości? Powstaje dylemat: dostęp do informacji oczywiście powinien być jak najszerszy. Ale czy rozszerzanie nie prowadzi do osłabiania państwa w relacjach z instytucjami rynku? (...) I tak widzimy gigantyczną przewagę instytucji rynkowych, reprezentujących interesy prywatne, nad instytucjami publicznymi, reprezentującymi interes publiczny, także jak chodzi o dostęp do kadr doradczych.
Mam zupełnie inne zdanie niż Żakowski. Nie uważam by w interesie publicznym leżało zasięganie opinii u osób, które są w konflikcie interesów. I które chcą mieć komfort anonimowości, by móc zarabiać i u władzy i w biznesie. Nie miałabym zaufania do bezstronności takich ekspertyz.
Cóż wart jest pogląd, pod którym ktoś nie jest gotów się podpisać, publicznie go bronić, bo się boi, że potem nie zarobi gdzie indziej? Albo nie chce ujawnienia nazwiska, bo w kontrakcie w swojej firmie ma, że nie wolno mu wydawać opinii na zewnętrzne zlecenia, lub dlatego, że treść opinii może być potraktowana jako działanie na szkodę jego macierzystej firmy?
Opinie na zlecenie to cenione źródło zarobków. Zapewne bywają osoby, które w tej samej sprawie są skłonne wydać odmienne opinie, zależnie od zleceniodawcy. Coś takiego jest niemożliwe, jeśli opinie są jawne.
Jest też inna delikatna kwestia: opinie wydawane na zlecenie ciał politycznych (za takie można uznać nie tylko partie, ale też rząd czy prezydenta) grożą tym, że ekspert zostanie przypisany do tej lub innej "opcji". Na taki zarzut jedyną odpowiedzią jest treść opinii: jeśli jest oparta na rzetelnej analizie, jeśli nie da się wykazać, że autor nagina rozumowanie czy fakty pod oczekiwania zamawiającego - to opinia obroni się sama. Może nie w tabloidzie, ale w środowisku zawodowym opiniodawcy - tak.
A jeśli ktoś boi się jakichkolwiek skojarzeń politycznych tak bardzo, że żąda anonimowości - to niech sobie pisanie opinii daruje. Nie pozbawi to władz publicznych fachowych ekspertyz, bo zwykle nie chodzi o dziedziny, na których w kraju zna się tylko kilka osób. Zresztą władza może sięgać po najlepszych fachowców nie tylko zamawiając u nich ekspertyzy i opinie, ale też po prostu zapraszając ich na konsultacje. Oficjalne, czy koleżeńskie. Pieniędzy z tego nie ma, ale to jednak honor. Przynajmniej dla osób, które swoje państwo szanują.
Dostęp władzy do fachowych ekspertyz jest ważną wartością. Ale nie mniej ważną, a w dodatku gwarantowaną w konstytucji, jest przejrzystość procesu podejmowania decyzji. Artykuł 61 konstytucji mówi: "Obywatel ma prawo do uzyskiwania informacji o działalności organów władzy publicznej oraz osób pełniących funkcje publiczne ( ) Prawo do uzyskiwania informacji obejmuje dostęp do dokumentów ( )". W przypadku ekspertyz chodzi o dokumenty opłacone z publicznych pieniędzy. W oparciu o te dokumenty władza podejmuje decyzje dotyczące funkcjonowania państwa i ważnych życiowych spraw obywateli. Jeśli prezydent mówi, że zamierza podpisać ustawę o zmianie zasad OFE bez posyłania jej do Trybunału Konstytucyjnego, bo ma ekspertyzy, które mówią, że jest zgodna z konstytucją, to mamy prawo powiedzieć: sprawdzam. Zasada transparentności procesu podejmowania decyzji i - w tym wypadku - przyszłość naszych emerytur przeważa nad prywatnym interesem eksperta, która życzy sobie zachować anonimowość.
Mamy już jeden wielki wyłom w transparentności działania władz: przepisy, które pozwalają utajniać rozmaite informacje bez efektywnych narzędzi kontroli, czy to utajnienie jest uzasadnione. Dodawanie do tego kolejnych dziedzin poza publiczną kontrolą jest po prostu niebezpieczne.
I last, but not least: właśnie rząd usiłuje wyłączyć m.in ekspertyz i opinii spod ustawy o dostępie do informacji publicznej, robiąc zgrabną "wrzutkę" do nowelizacji, która ma dostosować tę ustawę do unijnej dyrektywy "w sprawie ponownego wykorzystywania informacji sektora publicznego." Po upublicznieniu sprawy przez organizacje pozarządowe, m.in. Stowarzyszenie Liderów Lokalnych Grup Obywatelskich, posłowie wykreślili tę "wrzutkę". Ale prace trwają i wszystko jeszcze możliwe. A obalenie takiego przepisu w Trybunale Konstytucyjnym potrwałoby kilka lat, w czasie których hulaj dusza, piekła nie ma!