http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Paul McCartney czyta kanon

Robert Sankowski
2012-02-16, ostatnia aktualizacja 2012-02-16 13:58

- Zawsze chciałem nagrać taką płytę z Beatlesami - mówi Paul McCartney o pierwszym od pięciu lat solowym albumie "Kisses On The Bottom". Sięgnął na nim po klasyczne amerykańskie piosenki z pierwszej połowy XX w.

Paul McCartney na gali nagród Grammy
Fot. Matt Sayles AP
Paul McCartney na gali nagród Grammy
''Kisses On The Bottom'', Paul McCartney, wyd. Universal
Fot. Universal
''Kisses On The Bottom'', Paul McCartney, wyd. Universal
SERWISY
"Kisses On The Bottom", Paul McCartney, wyd. Universal

- Te kompozycje zbliżyły nas do siebie - wspomina przy okazji premiery albumu początki Beatlesów- W zespole wszyscy znaliśmy je bardzo dobrze. Gdy później pisaliśmy z Johnem Lennonem własne utwory, często odwoływaliśmy się właśnie do amerykańskiej klasyki. Miałem nadzieję, że kiedyś wrócimy do tych piosenek i nagramy album z własnymi ich wersjami. Ale nigdy do tego nie doszło, bo na ogół byliśmy zajęci pisaniem jakiegoś "Sierżanta Pieprza" albo innego "Białego albumu". Nigdy jednak nie przestałem myśleć o takiej płycie.



Nagrał ją dopiero teraz. Dwanaście utworów należących do tzw. Great American Songbook - nigdy niespisanego, ale funkcjonującego w popkulturowej świadomości Amerykanów kanonu utworów z lat 20., 30., 40. i 50. Piosenek znanych z repertuaru orkiestr swingowych czy wokalistów jazzowych, przebojów, które wyszły spod ręki twórców musicali, muzyki filmowej czy autorów pracujących na nowojorskiej Tin Pan Alley uchodzącej za fabrykę hitów początku XX wieku. Wcześniej wykonywali je m.in. Frank Sinatra, Bing Crosby, Nat King Cole, Dean Martin, również Perry Como, Andrews Sisters, Connie Francis. Z drugiej strony sięgali po nie giganci jazzu - od Benny'ego Goodmana, przez Ellę Fitzgerald i Ettę James, aż po Milesa Davisa i Johna Coltrane'a - którzy zamieniali je w instrumentalne jazzowe standardy.

Stylowy Paul sobie pozwala

McCartney w tym zacnym gronie nie próbuje być na siłę oryginalny. Nie bawi się w wielkiego innowatora. Podchodzi do klasycznego materiału z szacunkiem i sympatią. Stawia na ciepły, stonowany klimat i delikatną nutę melancholii, która przebija przez całą płytę. Album otwiera "I'm Gonna Sit Right Down And Write Myself A Letter", wyluzowany swing, w którym za cały akompaniament McCartneyowi służy szemrząca perkusja, dyskretnie dudniący kontrabas i oszczędnie punktujący fortepian. W następnym "Home (When Shadows Fall)" do tego jazzującego combo dołączają gitara akustyczna i smyczki.

Widać, że Paul czuje tę stylistykę. Jego głos jest rzecz jasna bardziej popowy niż jazzowy, ale brzmi dobrze zarówno w pięknej balladzie "More I Cannot Wish You", skocznym i frywolnym "My Very Good Friend the Milkman" (w finale tego utworu pogwizduje sobie na luzie), jak i zerkającym nieco w kierunku jazzowego bluesa "Get Yourself Another Fool".



Gdy słuchamy "Ac-Cent-Tchu-Ate the Positive", trudno nie odnieść wrażenia, że to zabawa konwencją przebojów sprzed wielu dekad. Paul może sobie na to pozwolić, bo zebrał w studiu świetnych muzyków. Wspierała go między innymi Diana Krall z zespołem. Gdy w "It's Only A Paper Moon" skoczna gitara nagle wchodzi w dialog z jazzowymi skrzypcami, trudno choć przez chwilę nie pomyśleć o legendarnym duecie Django Reinhardt - Stéphane Grappelli.

McCartney zaprosił do studia także bliskich muzycznych przyjaciół. W wybranym na singla utworze "My Valentine" wspiera go inna legenda brytyjskiego rocka Eric Clapton, a w finałowym "Only Our Heart" usłyszeć można charakterystyczną harmonijkę Steviego Wondera (przed laty nagrali razem wielki przebój "Ebony And Ivory").



Tak się składa, że obie te piosenki to jedyne nowe, oryginalne kompozycje McCartneya, które uzupełniają tuzin standardów. To zresztą słychać. Uderzają charakterystyczną dla McCartneyowskich utworów melodyką, mają bogatszą aranżację. Może trochę brak im szlachetnego sznytu i wyrazistości sąsiadujących z nimi klasyków, ale na ich tle wypadają całkiem nieźle. Żadne zaskoczenie, bo McCartney w solowej karierze próbował różnych stylów i gatunków - od współczesnej muzyki klubowej po kompozycje symfoniczne. Dlaczego nie miałby dać sobie rady ze stylizacją na piosenki z lat 30.?

Chłopięce sentymenty

Gdy Macca zapewnia, że klasyka amerykańskiej muzyki pop była dobrze znana Beatlesom, łatwo w to uwierzyć. Gdy jednak mówi, że zespół nie sięgnął po te piosenki głównie z braku czasu, brzmi to raczej jak dobra wymówka. Trudno wyobrazić sobie w tym repertuarze Johna Lennona. Drugi kompozytorski filar wielkiej czwórki był raczej zainteresowany podtrzymywaniem swojego rockowego, buntowniczego wizerunku. Nie przypadkiem w połowie lat 70. nagrał album "Rock'n'Roll" z klasycznymi piosenkami epoki rock and rolla. McCartney podobny hołd tej stronie Beatlesowskich inspiracji złożył na płycie "Run Devil Run". Za to nieobciążony aż tak gwiazdorskim statusem perkusista Beatlesów Ringo Starr już w 1970 roku na pierwszej solowej płycie "Sentimental Journey" zgodnie z tytułem odświeżył chłopięce sentymenty i sięgnął właśnie po piosenki z Great American Songbook. Nagrał nawet własną wersję "Bye Bye Blackbird" - standardu z 1926 roku, który znajdziemy również na "Kisses On The Bottom".

W sentymentach i nostalgii za dawnymi latami łatwo dopatrzyć się klucza do tych powrotów. - Mój ojciec grał na fortepianie, nie tylko słuchaliśmy tych piosenek w domu, ale też razem je śpiewaliśmy - wspomina McCartney, mówiąc o zawartości "Kisses On The Bottom". Paul opowiada też, że zarówno on, jak i John chodzili w Liverpoolu na imprezy, których żelaznym punktem było wspólne śpiewanie starych przebojów. Może i nie były to piosenki jego pokolenia, śpiewali je przede wszystkim rodzice. Jednak słuchając ich, jego pokolenie mimowolnie nimi nasiąkało. Często była to pierwsza muzyka, jaką w ogóle dane im było słyszeć w życiu. Dziś wydaje się oczywiste, że w doborze materiału na płytę prawie 70-letniego Paula sporą rolę odegrała nostalgia.

Chyba zresztą nie tylko w jego przypadku. Gdy numery z Great American Songbook śpiewa weteran amerykańskiej sceny Tony Bennett, wydaje się to naturalne (85-letni wokalista zaczynał przecież karierę pod koniec lat 40., gdy nie były to żadne standardy, ale żywa muzyka pop). Sięgający po klasykę zza Atlantyku brytyjscy wokaliści wydają się jednak kierować głównie sentymentem. McCartney nie jest przecież jedyny.



Na amerykańskiej muzyce sprzed lat ostatnią dekadę swojej kariery oparł Rod Stewart. Przemiana z rockandrollowego utracjusza w stylowego croonera nie wyglądała zbyt wiarygodnie, ale mimo to dała mu spory komercyjny sukces. Jeszcze większym zaskoczeniem była wolta Toma Jonesa, który w 2010 roku wydał - swoją drogą bardzo udaną - płytę "Praise & Blame" z własnymi wersjami starych pieśni gospel i folk. To nawet nie tyle powrót do źródeł własnej twórczości, ile do pierwszych muzycznych fascynacji.



Pełne ciepła i elegancji standardy wykonywane przez McCartneya bardzo dobrze pasują do tego towarzystwa. Choć tak naprawdę jak traktować klasykę, aby była ona wciąż żywą inspiracją, a nie pretekstem do nostalgicznych wycieczek w przeszłość, pokazuje jeszcze inny brytyjski weteran - Robert Plant. Na ostatnich płytach były wokalista Led Zeppelin sięga m.in. po wiekowe folkowe i bluegrassowe piosenki, aby podawać je w nowych, czasem bardzo zaskakujących wersjach.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':