Brytyjska wokalistka Adele jest największą zwyciężczynią tegorocznej edycji Grammy Awards. Podczas gali wiele miejsca poświęcono też zmarłej w sobotę Whitney Houston
Fot. MARIO ANZUONI REUTERS
Jennifer Hudson po wykonaniu ''I Will Always Love You'' z repertuaru Whitney...
Adele wzięła wszystko, co było do wzięcia. Ona i jej muzyka były nominowane w sześciu kategoriach. I Adele wyszła z hali Staples Center w Los Angeles, gdzie w niedzielę wieczorem odbywała się gala, z sześcioma statuetkami Grammy. Jej sukces jest przytłaczający - w najbardziej prestiżowych czterech kategoriach nazywanych General Field zgarnęła aż trzy nagrody: dla najlepszej płyty roku (za album "21"), najlepszej piosenki roku ("Rolling In The Deep") oraz najlepszego nagrania (również "Rolling In The Deep"). Zapewne wzięłaby szturmem i czwartą kategorię General Field - najlepszy nowy artysta - gdyby nie fakt, że akurat takie Grammy ma już w swoim dorobku - otrzymała je za swój debiutancki album "19".
Zamiast Adele triumfował tu więc zespół Bon Iver. Co prawda ma już na koncie dwie płyty, ale Grammy dla nowej twarzy nie honoruje absolutnych debiutantów, lecz wykonawców, którzy w ubiegłym roku przebili się do masowej publiczności.
Poza General Field Adele otrzymała też nagrody za najlepsze wykonanie solowe utworu pop, najlepszy wokalny album pop i najlepszy teledysk. Wspomniany już Bon Iver zgarnął statuetkę także dla najlepszego albumu alternatywnego. W kategoriach rockowych dominowali Foo Fighters. Zespół wyszedł ze Staples Center z pięcioma Grammy. Jedną gwiazdę miały też kategorie hiphopowe - raper Kanye West otrzymał cztery Grammy.
Wielu z uczestników gali odnosiło się do sobotniej śmierci Whitney Houston. W specjalnie zaaranżowanym występie Jennifer Hudson (zaśpiewała "I Will Always Love You") hołd gwieździe oddali organizatorzy Grammy. Ale spontanicznie o Whitney mówili ze sceny również inni artyści. Wspomniał o niej prowadzący uroczystość raper LL Cool J, do jej śmierci odnieśli się też rodzice innej zmarłej niedawno gwiazdy Amy Winehouse, którzy odbierali w jej imieniu statuetkę dla najlepszego popowego duetu (numer "Body & Soul" nagrany przez Amy z Tonym Bennettem).
Na gali pamiętano też o jeszcze jednym wielkim damskim głosie, którego ostatnio zabrakło - Alicia Keys i Bonnie Rait zaśpiewały wspólnie, aby upamiętnić zmarłą zaledwie parę tygodni temu wokalistkę soulową, bluesową i jazzową Ettę James.
Te wspominki dawnych gwiazd to podczas 54. gali Grammy jeden z niewielu akcentów odnoszących się do muzycznej przeszłości. Nagroda wyraźnie nastawia się na to, co ważne na scenie tu i teraz. Przyznająca Grammy Akademia zdecydowała w tym roku o drastycznych zmianach - z listy kategorii wyleciało ponad 30, głównie niszowych bądź honorujących regionalne gatunki muzyczne pozycji. Choć przed Staples Center protestowały grupki przeciwników tych zmian, trzeba przyznać, że nagroda dzięki nim zyskała - lista wyróżnionych kategorii jest obecnie bardziej przejrzysta i logiczna.
Krytykowana za konserwatyzm Akademia przestała się też najwyraźniej w końcu bać tego, co nowe i alternatywne. Tegoroczna lista laureatów wyraźnie wskazuje na pokoleniową zmianę warty. Obok Adele czy Bon Iver debiutantów z ostatnich lat reprezentują też między innymi Skrillex (muzyk związany ze sceną dubstepową zdominował kategorie elektroniczne) czy Corinne Bailey Rae (otrzymała nagrodę za najlepsze wykonanie utworu r&b).
Świeżością powiało też w kategoriach country, które podzielili między siebie Taylor Swift, Lady Antebellum i The Civil Wars. Na dobrą sprawę honoru weteranów bronił skutecznie jedynie Tony Bennett ze swoim albumem "Duets II" oraz jazzmani (Grammy otrzymali między innymi Pat Metheny i Chick Corea).
Dorzućmy jeszcze, że wśród wielkich przegranych gali są między innymi Rihanna, Lady Gaga, Katy Perry, Nicki Minaj czy Bruno Mars (wszyscy mieli nominacje, ale musieli uznać wyższość innych wykonawców), a okaże się, że 54. gala Grammy była demonstracją siły młodych wykonawców. Była też potwierdzeniem ambicji niedawnej alternatywy, która coraz silniej wdziera się do mainstreamu - zauważyła to nawet skostniała Akademia, skoro miała odwagę, aby wśród swoich nominacji umieścić takich wykonawców jak Mumford & Sons, The Black Keys, The Decemberists, Deadmau5 czy Robyn.