- Teraz czas zaoferować nową jakość. Może nawet kosztem liczby widzów - mówił "Gazecie" kilka miesięcy temu Mikołaj Ziółkowski, podsumowując dekadę flagowego dzieła jego Alter Artu - festiwalu Open'er. Zapowiedź programu na czas kryzysu? Niemal w tym samym czasie organizator legendarnego brytyjskiego Glastonbury Michael Eavis ogłosił ponurą prognozę: "Większość wakacyjnych festiwali upadnie w ciągu najbliższych lat. Stracą widzów. Ludzie widzieli już wszystko, a nowych interesujących wykonawców jest coraz mniej".
W roku 2011 wszystkie duże festiwale w Polsce odnotowały sukces komercyjny, a jednak na sielskim obrazku pojawiły się rysy. W kilku ostatnich latach nigdy nie odwołano aż tylu koncertów zagranicznych wykonawców, co właśnie w 2011. Tylko organizatorzy majowego koncertu Animal Collective w warszawskiej Stodole przyznali, że powodem była kiepska sprzedaż biletów, inni podawali rozmaite "przyczyny obiektywne". Koncert pieszczochów światowej prasy muzycznej odwołany z powodu braku zainteresowania w snobistycznej, hipsterskiej Warszawie? To było pierwsze ostrzeżenie. Drugim był występ gwiazdy światowego undergroundu Arcade Fire. Grupa przyjechała w czerwcu opromieniona sukcesem płyty "The Suburbs" (Grammy za najlepszy album roku), tymczasem warszawski Torwar świecił pustkami. Publiczność miała lekki przesyt po bogatej koncertowej wiośnie? A może liczyła już pieniądze przed letnimi festiwalami?
Źle się dzieje także w klubach. - Od jesieni 2011 trwa znaczny spadek frekwencji na koncertach biletowanych. Od 30 do 50 proc. w stosunku do jesieni 2010 r. - mówi Sławek Jórasz z Chaos Management Grup, który opiekuje się m.in. zespołami Myslovitz, Pustki czy Cool Kids Of Death.
Menedżer Kultu Piotr Wieteska: - Podczas trasy październikowej był niewielki spadek. Ale w Warszawie do tej pory Kult regularnie wyprzedawał dwa koncerty w Stodole - na tydzień przed. A teraz do ostatniej chwili w kasie były bilety.
Z czego to wynika? Z nasycenia rynku, które świadczy o normalizacji - publiczność nie rzuca się już na każdy koncert, ale zaczyna przebierać w bogatej ofercie, która niewiele różni się od tej na Zachodzie. Do tego dochodzi podwyżka cen biletów związana z wprowadzeniem 23-proc. stawki VAT. - Skoro ludzie muszą wydać większe pieniądze, wolą wydać na coś pewnego. Najbardziej odczuły to zespoły z tzw. średniego pułapu, grające dla kilkuset osób - mówi Wieteska.
Rynek płytowy w Polsce od dawna jest w zapaści, więc artyści żyją dziś przede wszystkim z koncertów. A jeśli i one przestaną dawać im rozsądne dochody? - Tak już się dzieje. Większość klubów oczekuje, że artyści będą grali "z bramki", czyli za bilety. Organizatorzy festiwali też niechętnie płacą pełne stawki, używając formuły wytrychu: "występ u nas to promocja" - mówi Maciej Pilarczyk z Chaos Management Group.
Większym optymistą jest Stanisław Trzciński z Grupy STX Jamboree, który szuka analogii w rynku kinowym. - W sieciach multipleksów od 2008 r. zdecydowanie rosną przychody z biletów. W kryzysie ludzie zaczynają interesować się sobą, swoimi pasjami. Więc także kulturą.
Dlatego optymizm nie opuszcza także agencji Go-Ahead, organizatora wielu koncertów gwiazd zachodniej alternatywy i kilku ostatnich festiwali w Jarocinie, która w ubiegłym roku reaktywowała dwa duże rockowe spędy - Rock in Arena w Poznaniu i Odjazdy w Katowicach. W tym roku firma doda kolejny - Gdynia Rock Fest. - Nie zamierzamy przeczekiwać tego przejściowego okresu - mówi o spadku frekwencji Tomasz Waśko z Go-Ahead. - Na początku roku planujemy występy Dropkick Murphys, Petera Hooka z albumem "Unknown Pleasures", M83, Deus czy Marka Lanegana. Negocjujemy organizację kolejnego Jarocina. Ten rok będzie specyficzny ze względu na Euro 2012 - kultura będzie w defensywie, ale to nie znaczy, że można ten czas przespać.
A jednak pod znakiem zapytania stoją duże imprezy. W Krakowie miasto partycypowało w kosztach m.in. festiwali Alter Artu - Burn Selector oraz Coke Live. W Białymstoku - w organizowanych przez Grupę STX Jamboree Pozytywnych Wibracjach. W obu tych miastach radni zdecydowali właśnie o cięciach wydatków na kulturę. - Mieliśmy budżet na poziomie 31 mln zł. Bardzo duży - mówiła zaraz po decyzji radnych dyrektorka Krakowskiego Biura Festiwalowego Izabela Helbin. - Wiedzieliśmy więc, że będziemy musieli oszczędzać. Już w pierwszym projekcie budżetu oddaliśmy 7 mln. Ale po kolejnych cięciach nie da się zrobić tego co do tej pory.
Dyrektor Grupy STX Jamboree Stanisław Trzciński: - Mamy trzy propozycje z innych miast. Ale jesteśmy lojalnym partnerem Białegostoku - daliśmy sobie czas. Ostateczny deadline to lutowa sesji rady miasta.
Dlaczego cięcie kultury to cięcie nieracjonalne? Trzciński: - Przy paromiliardowych budżetach kwoty na festiwale to drobiazg. A przy ograniczonym uczestnictwie Polaków w kulturze, a już zwłaszcza ludzi młodych, festiwale są taką kategorią, która działa i aktywizuje tysiące. Ta transakcja dla miast jest szalenie opłacalna. Są wymierne dane. Z raportów domów mediowych wynika, że przy drugiej edycji Pozytywnych Wibracji zaangażowanie miasta wyniosło 2 mln zł, a dało 5 mln zwrotu w formie promocji Białegostoku. A przecież np. produkcja i emisja spotów czy billboardów reklamujących miasto jest droższa i nie budzi żadnych pozytywnych emocji.