Nie ma nic zabawniejszego niż grubas postawiony obok chudzielca, wysoka żona z małym mężem, staruszek z młodą dziewczyną. Nieładnie naśmiewać się z bliźnich, ale kogo nigdy nie rozbawiły odstające uszy, nos jak kartofel albo krótkie nogi, niech pierwszy rzuci kamieniem.
Na wystawie w Metropolitan Museum of Art widzowie często wybuchają śmiechem, bo choć motywacje drwin są rozmaite, repertuar środków jest niezmienny - karykatura wykorzystuje charakterystyczne elementy naszej fizjonomii. Dlatego w ciągu wieków nie podlegała tak silnym stylistycznym przemianom jak "wysokie" sztuki rzeźby czy malarstwa.
Przesada Leonarda Zaskakujące mogą się wydawać późne narodziny karykatury. Wszak w starożytności czy średniowieczu ludziom nie brakowało poczucia humoru, jednak nie przychodziło im do głowy to, co nam wydaje się banałem - wyolbrzymienie rysów fizjonomii dla wydobycia charakterystycznych cech osobowości. Nic dziwnego, że "odkrywcami" karykatury stali się wybitni portreciści.
Karykatura pojawiła się w okresie, kiedy zamiast niewolniczo kopiować naturę, artyści pragnęli wyrażać idee, odkrywać sedno rzeczywistości. Portrecista musi więc uwzględniać nie tylko fizyczne podobieństwo, ale również zalety charakteru. Z kolei karykatura dąży do doskonałej brzydoty, zwierciadła ludzkich przywar. Być może właśnie takie zadanie stawiał sobie Leonardo da Vinci w swoich szkicach groteskowych główek. Wystawę otwiera jego rysunek starszego człowieka z wielkim, zakrzywionym nosem. Takie twarze Leonardo spotykał na ulicy i szkicował potem z pamięci, często dodatkowo wyolbrzymiając zwisające podgardla, starczą skórę czy wydęte wargi. Wyśmiewał szpetotę czy po prostu "kolekcjonował" niezwykłe ludzkie okazy albo zbierał materiały do traktatu fizjonomicznego?
Jego groteskowe twarze obficie kopiowano przez kolejne stulecia, a w XVIII wieku William Hogarth przyczynił się do zatwierdzenia ich jako przykładów karykatury. W prezentowanym na wystawie frontyspisie do serii rycin "Modne małżeństwo" Hogarth przeciwstawił portrety według Rafaela odstręczającym profilom opartym na rysunkach m.in. Leonarda. Chociaż artyście zależało na potępieniu przesady i pochwale idealnego piękna, jego praca wywołała odwrotny efekt - zachęciła brytyjskich rysowników do subtelnego wykorzystywania karykatury.
Baudelaire też był karykaturzystą Humorystyczną twórczość uprawiano często w przerwach od poważnych zamówień. Wielki rzymski rzeźbiarz i architekt Bernini jako pierwszy odważył się karykaturować konkretne, znane postaci -
papieża, jego dworzan i kardynałów, a podczas pobytu w Paryżu w 1665 roku nawet Ludwika XIV. Na wystawie pokazano jego karzełka z nieproporcjonalnie wielką głową. Miniaturowe ciało naszkicował pośpiesznie, jakby od niechcenia. Jednak skrótowość stylu sprawia, że karykatura wydaje się nieomal współczesna. Trudno uwierzyć, że ten sam człowiek wyrzeźbił "Ekstazę Świętej Teresy".
Pierwszym profesjonalnym karykaturzystą był zapewne XVIII-wieczny rysownik Pier Leone Ghezzi. Podobnie jak współcześni sezonowi artyści żył z wyśmiewania turystów. Do dziś bawi jego afektowany irlandzki erudyta, który z rozdziawionymi ustami i przewodnikiem w ręku stoi pośród szczątków rzymskich kolumn. Wkrótce karykatura stała się popularną rozrywką i źródłem zarobku.
Henri de Toulouse-Lautrec rysował śmieszne główki już jako siedmiolatek, a potem karykatura wypełniała mu czas przy kawiarnianych stolikach. Z kolei nastoletni Claude Monet sprzedawał w Hawrze podobizny miejscowych notabli z wielkimi łbami na miniaturowych korpusach. W XIX wieku prześmiewcze wizerunki znanych postaci zaludniły łamy pism satyrycznych, a błyskawiczne, zniekształcone portrety znajomych rysowali dla przyjemności artyści i amatorzy. Karykaturą parał się nawet Baudelaire, który koniecznie chciał jej nadać rangę poważnej sztuki.
Bardzo wcześnie utrwalił się repertuar karykaturalnych chwytów. Już w latach 30. XIX wieku wielkie głowy na krótkich nóżkach zdobiły strony magazynu "Le Charivari". W takiej konwencji Benjamin (Benjamin Roubaud) pokazał Eugeniusza Delacroix, a Honoré Daumier Wiktora Hugo - z małym, owadzim ciałkiem stoi na stosie książek, a na ogromnym, łysym czole maluje się wyraz zatroskania. Patrząc na postaci "z wodogłowiem", trudno nie wspomnieć karzełka Berniniego. Ten stary karykaturalny schemat króluje w prasie do dziś. Wykorzystywał go choćby David Levine, zmarły w 2009 roku słynny ilustrator "The New York Review of Books".
Napoleon - żarłoczny pająk Być może najbardziej rozśmieszą nas karykatury współczesne. Namalowana przez Siegfrieda Woldheka groźna twarz Dicka Cheneya, który zza zasłony szepcze na ucho Bushowi, oddaje klimat tamtych lat. Z kolei w pracy "Ból głowy" pochodzący z Meksyku Enrique Chagoya wykorzystał wiktoriańską rycinę, aby pokazać kłopoty prezydenta Obamy z reformą służby zdrowia. Prezydent trzyma w dłoni buteleczkę z lekiem, a demony (symbolizujące opór konserwatystów) atakują jego głowę. Te obrazy wywołują uśmiech, bo celnie i skrótowo ilustrują powszechnie znane sprawy.
A jednak polityczne karykatury z innych epok dowodzą, jak prędko ta sztuka się starzeje. Do dziś robią wrażenie mistrzowskie podobizny Napoleona autorstwa brytyjskich karykaturzystów. Wciąż bawi barwna rycina Thomasa Rowlandsona z Napoleonem - żarłocznym pająkiem - czy też praca Jamesa Gillraya: ścigając się w zachłanności z brytyjskim ministrem Williamem Pittem, Bonaparte zachłannie odcina nożem z ziemskiego globu prawie całą Europę.
Jednak wyjaśnień wymagają już choćby skierowane przeciw cenzurze prasy ryciny Delacroix czy słynna litografia Daumiera z gruszkowatą twarzą króla Ludwika Filipa o trzech obliczach. Karykatura wciąż wykorzystuje te same środki: zniekształcenie, upodobnienie fizjonomii do przedmiotów i zwierząt, zaburzenie proporcji. Ale trzeba znać kontekst, aby wydobyć cały potencjał zawartego w niej humoru.
Małpiszon gra na gitarze Podobny problem sprawiają nieraz przedstawienia satyryczne, których kontekstu nie znamy. W przeciwieństwie do karykatury satyra nie przedstawia konkretnych osób, lecz ludzkie typy, piętnując przy tym powszechne przywary. Oczywiście ludzkie słabości są stałe - ilustracje zaludniają więc pijacy, hazardziści, modnisie, artystyczna bohema i nadęci koneserzy sztuki. Zmieniają się jednak okoliczności. Do dziś bawi rycina przedstawiająca gigantyczną, skomplikowaną fryzurę osadzoną na parze miniaturowych nóżek, ale potencjał tej ilustracji był znacznie silniejszy w czasach, kiedy taka moda była na porządku dziennym.
W angielskiej rycinie XVIII-wieczny ojciec aż podskakuje na widok swojego syna w dwumetrowej, fryzowanej peruce - podobne wrażenie na niejednym rodzicu robią dziś dredy. Ale nawet w erze chirurgii plastycznej śmieszy nas obrazek Thomasa Rowlandsona, gdzie podstarzała damulka zakłada perukę i sztuczną szczękę, a makijaż przeobraża ją w ponętną dzierlatkę. Warto jednak pamiętać, że ponad dwieście lat temu
kosmetyki zawierały sporo szkodliwego ołowiu, a mąż miał prawo zażądać rozwodu, kiedy odkrył, że żona maskowała swój wiek.
Największe wrażenie wywołują jednak prace najmniej nastawione na komiczny efekt. W wieloznacznych "Kaprysach" Goi satyra ociera się o koszmar. Nie trzeba wiedzieć, że artysta wyśmiewał
muzyczne wieczory organizowane przez premiera Godoya dla hiszpańskiego króla, aby dotarła do nas zjadliwość sceny, gdzie osioł podziwia grającego na gitarze małpiszona. Trudno nawet się roześmiać na widok pomarszczonej staruchy zalotnie układającej przed lustrem czepek -
Goya opatrzył ją bezlitosną inskrypcją "Aż do śmierci".
Kiedy uśmiech zastyga na ustach w grymasie przerażenia, zawsze możemy wrócić tam, gdzie czeka nas pewna i niewinna rozrywka. Bez znajomości historii można śmiać się z wielmożnej Albinii Hobart, która jako kula przystaje do płaskiej sylwetki chudego jak szczapa Williama Pitta. I nic nie zaszkodzi złośliwie się pośmiać ze spuchniętego grubasa zalecającego się do wychudzonej gruźliczki. Wbrew zasadom kultury i politycznej poprawności od wieków bawią nas nieprzeciętne fizjonomie,
otyłość i kalectwo. Może także na tym polega misja karykatury - żebyśmy się zdrowo wyśmiali i na co dzień zachowywali powściągliwą życzliwość.
"Infinite Jest: Caricature and Satire From Leonardo to Levine", Metropolitan Museum of Art, do 4 marca