Dorota Jarecka: W kwietniu otwarcie 7. Biennale Sztuki Współczesnej w Berlinie, którego jest pan kuratorem. Ostatnio do zespołu kuratorskiego została zaproszona rosyjska grupa Voina. Dlaczego? Artur Żmijewski: To są artyści, którzy przez swoje akcje chcą wpływać na sytuację polityczną w Rosji. Chcą odsunąć od władzy Putina i Miedwiediewa. Oni po prostu robią politykę bez wątpliwości, które dręczą zwykle artystów: czy do tego politycznego ognia wolno nam się zbliżyć? Wojna reprezentuje też zagubiony etos sztuki - najpierw idee, później profity. Oni wybrali też ekstremalnie trudny sposób życia - bez pieniędzy, ukrywając się nieustannie przed ścigającą ich policją. Za Natalią Sokol wysłany został międzynarodowy list gończy, grożą im wyroki więzienia. Sposób, w jaki mogę im pomóc, to zaprosić ich do bycia kuratorami.
Co to konkretnie znaczy? Czy mają wpływ na kształt wystawy? - Mogą mieć taki wpływ. Na razie wykorzystują stronę internetową Biennale jako platformę dla publikacji swoich protestów, apeli, informacji. To zwróciło uwagę mediów, a im potrzebna jest widzialność. Oni muszą być słyszalni.
Rok temu, już jako kurator Biennale, ogłosił pan "open call" dla artystów - każdy mógł nadesłać swój projekt z krótkim uzasadnieniem. Jaki był wynik apelu? - Nadeszło ok. 6 tys. zgłoszeń. Zdecydowaliśmy, że nie będziemy ich oceniać, wybierać "najlepszych", by nie zamieniać tego w konkurs na najlepszych artystów, czyli żeby uciec z logiki art worldu. Wszystkie portfolio udostępnimy w postaci archiwum. Niemal każdy artysta odpowiedział też na pytanie o wyznawane poglądy polityczne.
Jakie poglądy mają dzisiaj artyści? - W większości lewicowe, feministyczne, liberalne. Artyści raczej mają serce po lewej stronie. Prawicowców, neoliberałów można policzyć na palcach obu rąk.
A może kierował nimi konformizm? Oni wiedzą, jakie poglądy ma kurator Biennale, chcą się przystosować, dostać na wystawę. - Częścią z nich kierował konformizm, ale nie podejrzewam ludzi, żeby byli wyłącznie interesowni. Sądzę, że dużo osób odpowiedziało szczerze. Pogląd, że artyści nie chcą lub nie powinni zajmować się polityką, to złudzenie.
Kto został zaproszony do Biennale? - Zadajemy artystom pytanie: w jaki sposób ingerujesz sztuką w rzeczywistość? Jaki skutek chcesz osiągnąć? To jest zadanie i jeśli odpowiedź jest ciekawa, to współpracujemy. Czy jako artysta jesteś silnym graczem, czy słabym? Jesteś blisko wydarzeń czy na peryferiach rzeczywistości?
I jaka jest siła sztuki? - Potencjalnie spora - staramy się poznać własne możliwości. Biennale wydało gazetę Mariny Napruszkiny "Selfgoverning", po angielsku i po rosyjsku. To białoruska artystka, która opublikowała już kilka gazet-komiksów, w których krytykowała rządy Łukaszenki i fałszerstwa wyborcze na Białorusi. Teraz poszła o krok dalej - od krytyki do pozytywnego projektu. Chodzi o to, by mieszkańcy Białorusi odważyli się dokonać u siebie zmiany politycznej. Mimo że ludzie wiedzą, że żyją w dyktaturze, to wolą status quo niż rzucenie się w niepewną przyszłość. Widzą, co stało się np. w Polsce - opozycjoniści odwrócili się od
robotników, po czym zainstalowali w kraju twardy kapitalizm i hegemonię wolnego rynku utożsamianą z demokracją.
Rosja jest bardziej odpychającym przykładem z oligarchizacją władzy i niemal dyktatorskim trybem rządów. Napruszkina chce pokazać alternatywę, która jest już w tytule gazety: samo-rządzenie, prawdziwa demokracja zamiast jej brutalnie wolnorynkowej wersji. Marina wydaje po prostu bibułę.
A co mogą artyści na Zachodzie? - W lutym ukaże się książka, rodzaj "readera" Biennale, w której między innymi publikujemy wywiad z Einarem Benediktssonem, znanym muzykiem i członkiem islandzkiej The Best Party, która powstała po bankructwie kraju. Są w niej artyści, aktorzy, muzycy itd. Benediktsson przyznaje: kolaborowaliśmy z systemem, dawaliśmy nasze nazwiska kampaniom reklamowym banków, które zachęcały ludzi do spekulacji na różnicy w
kursach walut. Przyczyniliśmy się do rozdęcia bańki spekulacyjnej. Dzisiaj chcemy wziąć część odpowiedzialności za państwo. Oni weszli do polityki - na poziomie władz Reykjaviku. I nie twierdzą już, że sztuka to dyskurs szlachetny, a polityka - brudny.
Jeszcze inną rolę odegrali artyści w czasie rewolucji w krajach arabskich - filmowcy, streetartowcy. Aktywizacji, zachęcania do oporu, upamiętnienia ofiar. Czy oni też zostali zaproszeni na Biennale? - Do tych ludzi dostęp jest trudniejszy. Ci, którzy brali udział w arabskich rewolucjach, są nieufni, rozczarowani fikcją kultury. Możemy niewiele, np. opublikować na naszych stronach internetowych apel egipskiego artysty Ganzeera, który wystosował on do artystów na świecie, by wsparli rewolucję egipską: "Obawiam się, że działania armii doprowadzą w moim kraju do wojny domowej. Pragnąc utrzymać pokojową walkę, apeluję do artystów z całego świata, aby wsparli egipską rewolucję swoją sztuką".
Czy ikonografia ruchu Occupy Wall Street też was interesuje? - Nie dzielę takiego ruchu jak Occupy Wall Street na jego ikonografię i całą resztę. Oni używają wizualności jako jednego z narzędzi. Szczególnie może mnie interesować udział artystów w tym ruchu, ale nie na tyle, żebym zapomniał o jego celach. Byłem w obozie Occupy
Amsterdam, który rozłożył się przy głównej ulicy Amsterdamu Damrak. Postawili tam swój namiot także artyści, m.in. studenci Akademii Rietvelda [ASP] w Amsterdamie. Nie robią tam sztuki, bo nie wiedzą, jak miałaby wyglądać. Rozmawialiśmy np. o tym, czy wkładem artystów nie mogłoby być opróżnianie toalet typu toi-toi, jakie obsługują obozowisko. No i oni powiedzieli, że czemu nie. Są gotowi do różnych zadań, także do brudnej roboty. Założyli punkt informacyjny przy wejściu do obozu, który bardzo efektywnie działa.