http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Sztuka pyta o zło

Dorota Jarecka
2011-12-19, ostatnia aktualizacja 2011-12-19 14:24

"Efekt Lucyfera", wystawa w centrum sztuki współczesnej DOX w Pradze, próbuje odpowiedzieć na pytanie, jak to się dzieje, że zwykły człowiek w pewnych warunkach może stać się potworem

''Patrząc w gwiazdy'' - fotografia Hansa Haacke'a z 2004 r. to sarkastyczny komentarz amerykańskiego artysty na temat interwencji w Iraku
Fot. materiały prasowe
''Patrząc w gwiazdy'' - fotografia Hansa Haacke'a z 2004 r. to sarkastyczny...
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
"Spośród czterdziestu osób większość, czyli dwadzieścia sześć, kontynuowało eksperyment, aplikując innym jego uczestnikom najwyższe dawki wstrząsów elektrycznych". To opis słynnego eksperymentu Stanleya Milgrama na Uniwersytecie Yale w 1961 r. Amerykański psycholog badał stopień podatności ludzi na przekaz idący z góry. Zgromadził mężczyzn w wieku od 20 do 50 lat i podzielił ich na dwie grupy. Dalszy ciąg znamy. Jedna grupa (nauczycieli) doprowadziłaby drugą grupę (uczniów) do śmierci, wymierzając im kary, gdyby nie to, że w agregacie do wstrząsów elektrycznych nie było prądu. Uczestników oszukano, mówiąc, że chodzi o badanie mechanizmów pamięci, a wstrząsy zadawane krnąbrnym uczniom są prawdziwe. Eksperyment przeprowadzony niedługo po wojnie pokazał, że masowe zbrodnie i tortury zadawane jednej grupie ludzi przez drugą nie były anomalią, ale wydarzyły się zgodnie z prawami psychologii.

Na wystawie w Pradze poświęconej mechanizmom działania społecznego zła pierwszy raz w życiu mam okazję zobaczyć film nakręcony podczas eksperymentu Milgrama. Jest wstrząsający. Okazuje się, że był to starannie wyreżyserowany teatr, w którym główną rolę odegrał biały fartuch nadzorującego eksperyment i jego spokojny głos: "Proszę kontynuować". Tylko taki nacisk wystarczył, by ludzie dawkowali innym śmiertelne dawki prądu. Człowiek ma szerokie możliwości adaptacji.

Kilka kroków dalej oglądam film dokumentalny o tym, co się dzieje z mózgami menedżerów wielkich korporacji. Dwóch amerykańskich naukowców udowadnia, że stopniowo wyzbywają się oni mechanizmów odpowiedzialnych za empatię, powstaje nowe zjawisko - korporacyjny psychopata.

Coś w tym jest, łagodne baranki nie zgromadziłyby 1 proc. światowych dochodów. A jednak nawet wewnątrz tej ponurej wiedzy, którą pierwszy uświadomił nam Milgram, jest pewne pocieszenie. Interesuje mnie właśnie ta mniejszość, która przerwała udział w eksperymencie. Na filmie pojawia się mężczyzna, który najpierw śmieje się nerwowo, a potem odmawia aplikowania wstrząsów. Widać, że dużo go to kosztuje, zapala papierosa. Chwilowo odzyskuję wiarę w jednostkę ludzką.

Wystawa urządzona w nowoczesnym centrum sztuki współczesnej DOX w Pradze, które powstało cztery lata temu dzięki prywatnej fundacji i działa w zaadaptowanym na ten cel poindustrialnym budynku, nosi tytuł "Efekt Lucyfera". To cytat z książki Philipa Zimbardo, o tym jak to się dzieje, że zwykły człowiek w pewnych warunkach może stać się sprawcą zbrodni. Zimbardo, psycholog ze Stanfordu, w 1971 r. zaaranżował sztuczne więzienie, w którym podzielił ludzi na więźniów i strażników. Sam zdumiał się, jak łatwo weszli w role.

Wystawa w Pradze łączy zapisy dokumentalne ze współczesną sztuką. A współczesna sztuka intensywnie wraca do zagadek ludzkiej psychologii. Dlatego obok poruszającego filmu Milgrama jest inny, z 2002 r. To rekonstrukcja tego samego historycznego eksperymentu, której dokonał w Centrum Sztuki Współczesnej w Glasgow brytyjski artysta Rod Dickinson. Był to trzygodzinny performance, któremu mogli przyglądać się widzowie, by zobaczyć z bliska splot posłuszeństwa i władzy.

Jest też inna równie ciekawa psychologiczna "para": autentyczny krótki filmowy zapis z eksperymentu Zimbardo, a obok film Artura Żmijewskiego "Powtórzenie". To już była akcja artystyczna, inscenizowany dokument pokazany w 2005 r. na Biennale w Wenecji, w którym polski artysta powtórzył warunki eksperymentu Zimbardo.

Obie rekonstrukcje - brytyjska i polska - są zupełnie inne. Dickinson odtworzył eksperyment Milgrama co do minuty, bez żadnej improwizacji.

Żmijewski podjął pomysł Zimbardo, podzielił ludzi na dwie grupy, zbudował scenografię więzienia, sam jednak nie wiedział, co z tego wyniknie, wyznaczył tylko reguły. Zakończenie było zaskakujące: inaczej niż u Zimbardo, więźniowie porozumieli się ze strażnikami i sami postanowili przerwać upokarzającą sytuację.

Pytanie, które stawia tu Żmijewski, jest tak naprawdę najciekawsze i jest naczelnym pytaniem tej niezwykłej wystawy: a więc nie "skąd zło", ale jak to się dzieje, że jednak ktoś czasem potrafi mu się przeciwstawić.

Pytanie dzisiaj szczególnie ważne, kiedy zło i przemoc nie przyjmują jednoznacznie totalitarnego charakteru. Tak jak to było np. niedawno w Stuttgarcie. Logo "Stuttgart 21" przekreślone grubą czerwoną krechą to w tej chwili, jak się dowiaduję z wystawy w Pradze, nazwa obywatelskiego ruchu. Wydarzeniom w Stuttgarcie poświęcono tutaj sporą przestrzeń.

Sprawa tliła się od lat, ale protesty wybuchły przed rokiem, kiedy władze zamknęły dworzec autobusowy w centrum tego niemieckiego miasta, rozpoczynając jego przebudowę. Stary dworzec kolejowy także ma być zburzony i zastąpiony nowym, podziemnym. Ogromny tunel ma zostać wyryty pod miastem. Oficjalnym hasłem tych zmian jest "Stuttgart nowym sercem Europy". Ludzie jednak widzą w tym co innego - interes deweloperów. Dlatego zaprotestowali. 30 września 2010 roku - dzień, w którym ich manifestacja została rozpędzona przez policję, przeszedł do historii ruchu jako "czarny czwartek".

Patrząc szerzej, tego typu protesty jak w Stuttgarcie wyprzedziły zarówno hiszpański ruch 15 Maja, którego świetne plakaty także mam okazję tu obejrzeć, jak i Occupy Wall Street. Co ma do tego sztuka? Chyba dużo. To we współczesnej sztuce około 2000 r. nastąpiła zmiana, którą krytycy określają jako "social turn" (zwrot społeczny). Chodzi o popularność nowych form sztuki polegających na działaniu i partycypacji oraz na użyciu akcji czy performance do konkretnego politycznego celu. Przykładem mogą być działania rosyjskiego kolektywu Voina.

Ale chodzi także o to, że w sztuce często tli się zapowiedź zmian. Artur Żmijewski mówił kilka lat temu, że jego film "Powtórzenie" należałoby pokazać na Białorusi jako przykład, że nawet w więzieniu człowiek może podnieść protest. Było w tym coś proroczego.

Można powiedzieć, że to nie jest nowe, że sztuka zawsze towarzyszy rewolucji. Wystawa w Pradze, odkrywa jednak dla mnie nowe paralele. Dowiaduję się z niej, że "Truizmy" Jenny Holzer, spisywane przez amerykańską artystkę obiegowe maksymy, przestrogi lub banały, zaczęły powstawać w tym samym roku, w którym czescy opozycjoniści podpisali przełomowy dokument - "Karta 77".

Oba teksty pisane były w różnych politycznych systemach, ale wynikają z bardzo podobnej konstatacji: język nie zgadza się z rzeczywistością. Dla Holzer było to kłamstwo neoliberalnego systemu opartego na konsumpcji i reklamie. Dla Havla i Patoczki - kłamstwo komunizmu. Reakcja była podobna. "Nadużycie władzy nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem" - głosi prowokacyjnie jeden z "truizmów" Jenny Holzer. Wystawa pokazuje, co się dzieje, kiedy ktoś się jednak zdziwi.

Choć uważam, że jej tytuł zapowiada co innego, niż rzeczywiście tam spotykamy. Nazwałabym ją raczej "Efektem Dickensa": ktoś nagle wstaje i mówi: "Poproszę o więcej". Wystarczy rzucić okiem na nagłówki w gazetach, by się przekonać, że coś jest dzisiaj na rzeczy.

"Efekt Lucyfera: spotykając zło", Centrum Sztuki Współczesnej DOX, Praga, do 2 stycznia

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':