"Spośród czterdziestu osób większość, czyli dwadzieścia sześć, kontynuowało eksperyment, aplikując innym jego uczestnikom najwyższe dawki wstrząsów elektrycznych". To opis słynnego eksperymentu Stanleya Milgrama na Uniwersytecie Yale w 1961 r. Amerykański psycholog badał stopień podatności ludzi na przekaz idący z góry. Zgromadził mężczyzn w wieku od 20 do 50 lat i podzielił ich na dwie grupy. Dalszy ciąg znamy. Jedna grupa (nauczycieli) doprowadziłaby drugą grupę (uczniów) do śmierci, wymierzając im kary, gdyby nie to, że w agregacie do wstrząsów elektrycznych nie było prądu. Uczestników oszukano, mówiąc, że chodzi o badanie mechanizmów pamięci, a wstrząsy zadawane krnąbrnym uczniom są prawdziwe. Eksperyment przeprowadzony niedługo po wojnie pokazał, że masowe zbrodnie i tortury zadawane jednej grupie ludzi przez drugą nie były anomalią, ale wydarzyły się zgodnie z prawami psychologii.
Na wystawie w Pradze poświęconej mechanizmom działania społecznego zła pierwszy raz w życiu mam okazję zobaczyć film nakręcony podczas eksperymentu Milgrama. Jest wstrząsający. Okazuje się, że był to starannie wyreżyserowany teatr, w którym główną rolę odegrał biały fartuch nadzorującego eksperyment i jego spokojny głos: "Proszę kontynuować". Tylko taki nacisk wystarczył, by ludzie dawkowali innym śmiertelne dawki prądu. Człowiek ma szerokie możliwości adaptacji.
Kilka kroków dalej oglądam film dokumentalny o tym, co się dzieje z mózgami menedżerów wielkich korporacji. Dwóch amerykańskich naukowców udowadnia, że stopniowo wyzbywają się oni mechanizmów odpowiedzialnych za empatię, powstaje nowe zjawisko - korporacyjny psychopata.
Coś w tym jest, łagodne baranki nie zgromadziłyby 1 proc. światowych dochodów. A jednak nawet wewnątrz tej ponurej wiedzy, którą pierwszy uświadomił nam Milgram, jest pewne pocieszenie. Interesuje mnie właśnie ta mniejszość, która przerwała udział w eksperymencie. Na filmie pojawia się mężczyzna, który najpierw śmieje się nerwowo, a potem odmawia aplikowania wstrząsów. Widać, że dużo go to kosztuje, zapala papierosa. Chwilowo odzyskuję wiarę w jednostkę ludzką.
Wystawa urządzona w nowoczesnym centrum sztuki współczesnej DOX w Pradze, które powstało cztery lata temu dzięki prywatnej fundacji i działa w zaadaptowanym na ten cel poindustrialnym budynku, nosi tytuł "Efekt Lucyfera". To cytat z książki Philipa Zimbardo, o tym jak to się dzieje, że zwykły człowiek w pewnych warunkach może stać się sprawcą zbrodni. Zimbardo, psycholog ze Stanfordu, w 1971 r. zaaranżował sztuczne więzienie, w którym podzielił ludzi na więźniów i strażników. Sam zdumiał się, jak łatwo weszli w role.
Wystawa w Pradze łączy zapisy dokumentalne ze współczesną sztuką. A współczesna sztuka intensywnie wraca do zagadek ludzkiej psychologii. Dlatego obok poruszającego filmu Milgrama jest inny, z 2002 r. To rekonstrukcja tego samego historycznego eksperymentu, której dokonał w Centrum Sztuki Współczesnej w Glasgow brytyjski artysta Rod Dickinson. Był to trzygodzinny performance, któremu mogli przyglądać się widzowie, by zobaczyć z bliska splot posłuszeństwa i władzy.
Jest też inna równie ciekawa psychologiczna "para": autentyczny krótki filmowy zapis z eksperymentu Zimbardo, a obok film Artura Żmijewskiego "Powtórzenie". To już była akcja artystyczna, inscenizowany dokument pokazany w 2005 r. na Biennale w Wenecji, w którym polski artysta powtórzył warunki eksperymentu Zimbardo.
Obie rekonstrukcje - brytyjska i polska - są zupełnie inne. Dickinson odtworzył eksperyment Milgrama co do minuty, bez żadnej improwizacji.
Żmijewski podjął pomysł Zimbardo, podzielił ludzi na dwie grupy, zbudował scenografię więzienia, sam jednak nie wiedział, co z tego wyniknie, wyznaczył tylko reguły. Zakończenie było zaskakujące: inaczej niż u Zimbardo, więźniowie porozumieli się ze strażnikami i sami postanowili przerwać upokarzającą sytuację.
Pytanie, które stawia tu Żmijewski, jest tak naprawdę najciekawsze i jest naczelnym pytaniem tej niezwykłej wystawy: a więc nie "skąd zło", ale jak to się dzieje, że jednak ktoś czasem potrafi mu się przeciwstawić.
Pytanie dzisiaj szczególnie ważne, kiedy zło i przemoc nie przyjmują jednoznacznie totalitarnego charakteru. Tak jak to było np. niedawno w Stuttgarcie. Logo "Stuttgart 21" przekreślone grubą czerwoną krechą to w tej chwili, jak się dowiaduję z wystawy w Pradze, nazwa obywatelskiego ruchu. Wydarzeniom w Stuttgarcie poświęcono tutaj sporą przestrzeń.
Sprawa tliła się od lat, ale protesty wybuchły przed rokiem, kiedy władze zamknęły dworzec autobusowy w centrum tego niemieckiego miasta, rozpoczynając jego przebudowę. Stary dworzec kolejowy także ma być zburzony i zastąpiony nowym, podziemnym. Ogromny tunel ma zostać wyryty pod miastem. Oficjalnym hasłem tych zmian jest "Stuttgart nowym sercem Europy". Ludzie jednak widzą w tym co innego - interes deweloperów. Dlatego zaprotestowali. 30 września 2010 roku - dzień, w którym ich manifestacja została rozpędzona przez policję, przeszedł do historii ruchu jako "czarny czwartek".
Patrząc szerzej, tego typu protesty jak w Stuttgarcie wyprzedziły zarówno hiszpański ruch 15 Maja, którego świetne plakaty także mam okazję tu obejrzeć, jak i
Occupy Wall Street. Co ma do tego sztuka? Chyba dużo. To we współczesnej sztuce około 2000 r. nastąpiła zmiana, którą krytycy określają jako "social turn" (zwrot społeczny). Chodzi o popularność nowych form sztuki polegających na działaniu i partycypacji oraz na użyciu akcji czy performance do konkretnego politycznego celu. Przykładem mogą być działania rosyjskiego kolektywu Voina.
Ale chodzi także o to, że w sztuce często tli się zapowiedź zmian. Artur Żmijewski mówił kilka lat temu, że jego film "Powtórzenie" należałoby pokazać na Białorusi jako przykład, że nawet w więzieniu człowiek może podnieść protest. Było w tym coś proroczego.
Można powiedzieć, że to nie jest nowe, że sztuka zawsze towarzyszy rewolucji. Wystawa w Pradze, odkrywa jednak dla mnie nowe paralele. Dowiaduję się z niej, że "Truizmy" Jenny Holzer, spisywane przez amerykańską artystkę obiegowe maksymy, przestrogi lub banały, zaczęły powstawać w tym samym roku, w którym czescy opozycjoniści podpisali przełomowy dokument - "Karta 77".
Oba teksty pisane były w różnych politycznych systemach, ale wynikają z bardzo podobnej konstatacji: język nie zgadza się z rzeczywistością. Dla Holzer było to kłamstwo neoliberalnego systemu opartego na konsumpcji i reklamie. Dla Havla i Patoczki - kłamstwo komunizmu. Reakcja była podobna. "Nadużycie władzy nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem" - głosi prowokacyjnie jeden z "truizmów" Jenny Holzer. Wystawa pokazuje, co się dzieje, kiedy ktoś się jednak zdziwi.
Choć uważam, że jej tytuł zapowiada co innego, niż rzeczywiście tam spotykamy. Nazwałabym ją raczej "Efektem Dickensa": ktoś nagle wstaje i mówi: "Poproszę o więcej". Wystarczy rzucić okiem na nagłówki w gazetach, by się przekonać, że coś jest dzisiaj na rzeczy.
"Efekt Lucyfera: spotykając zło", Centrum Sztuki Współczesnej DOX, Praga, do 2 stycznia