Wicemarszałek Senatu przegrał w prawobrzeżnej
Warszawie walkę o mandat senatorski z Markiem Borowskim, popieranym przez PO i SLD. Romaszewski przegrał zdecydowanie, zbierając mniej więcej o połowę mniej głosów od Borowskiego.
Romaszewski był człowiekiem odważnym w czasach, gdy słowo odwaga znaczyło więcej niż krytyka władz na popularnej stronie internetowej czy w gazecie sprzedawanej w każdym kiosku w kraju. W latach 70. Romaszewski zakładał nielegalny Komitet Obrony Robotników i narażał życie i zdrowie, by pomóc ludziom prześladowanym przez komunę.
W latach 90. wielokrotnie zabierał głos w sprawach ważnych, dotyczących praw człowieka, ale także m.in. mediów publicznych i polityki zagranicznej. Czasem się z nim nie zgadzałem, ale nieodmiennie go szanowałem.
Do czasu, gdy nagle stanął w obronie najbardziej jego zdaniem prześladowanej grupy społecznej w Polsce - piłkarskich kiboli. Nagle senator Romaszewski zaczął się zachowywać tak, jakby znowu był w KOR, jakby kibole byli tępieni jak radomscy robotnicy w 1976 roku i jakby
policja znowu stała się milicją.
Z przerażeniem słuchałem senatora, jak w towarzystwie posłanki
PiS Beaty Kempy opowiadał o więziennej gehennie "Starucha", jakby to był więzień polityczny na miarę co najmniej Jacka Kuronia. Cynizm pani poseł nie był niczym nowym, ale tak głębokie emocjonalne zaangażowanie się senatora Romaszewskiego po stronie bandziorów - jak najbardziej.
Nie wiem, kto wystawił Zbigniewa Romaszewskiego na warszawskiej Pradze, ale wiem, że senator zrobił podczas kampanii wyborczej wszystko, by zrazić do siebie jak najwięcej wyborców.
Na Pradze mieszkają dwie grupy wyborców - rodowici warszawiacy oraz ludzie, którzy przyjechali do Warszawy robić karierę i zamieszkali na prawym brzegu Wisły, bo jest tam o wiele taniej, niż na stołecznej rzeki brzegu lewym. Rodowici mieszkańcy Pragi z przerażeniem myślą o ulicznych bitwach, które policja będzie toczyć z kibolami wracającymi z meczów rozgrywanych na Stadionie Narodowym. Dzielnica zmieniająca w ostatnich latach swe oblicze bardzo dba o to, by nie kojarzyć się już - jak to było przez wiele dziesięcioleci - z bandytyzmem i chuligaństwem.
Do tego akurat w Warszawie kibole mają naprawdę niewielu fanów. Kibole Legii
Warszawa są jednymi z gorszych i niewiele osób w tym mieście płacze z powodu kłopotów "Starucha". Nawet wywieszenie kilka dni temu idiotycznego transparentu "Dżihad Legia" niespecjalnie kogokolwiek w tym mieście zdziwiło. Mam nadzieję, że poza samym senatorem Romaszewskim, który nagle obudził się jako obrońca antysemitów (transparent zawisł podczas meczu Legii z drużyną z Izraela).
Drugą grupę mieszkańców Pragi stanowią przyjezdni, dla których ważniejsze od obrony praw kiboli są nowe inwestycje -
domy, sklepy, ulice, a przede wszystkim obwodnica i druga linia metra. W tym sprawach senator Romaszewski, jeśli w ogóle zabrał głos, to robił to bardzo, bardzo cicho.
W ten oto sposób wybitny działacz opozycji w PRL, który rozpoczynał karierę jako obrońca robotników walczących o wolność, zakończył ją w III RP jako polityk broniący prawa bandytów do robienia burd.