Współscenarzysta tego filmu Gérard Brach nazwał go "Alicją w krainie świntuchów". Dziś odbiera się to po prostu jako erotyczny wygłup Romana Polańskiego i jego kumpli.
Oto wędrująca po świecie amerykańska turystka Nancy (Sydne Rome) ucieka przed trójką Włochów próbujących ją zgwałcić (rzecz dzieje się na włoskiej Riwierze). W desperacji zjeżdża prywatną kolejką (jej wagonik wisi tuż przy szosie) do nieznanej sobie willi, należącej, jak się rychło okaże, do bogacza Josepha Noblarta (Hugh Griffith).
W tejże willi (naprawdę będącej własnością producenta Carla Pontiego) Nancy natrafia na dziwaczne towarzystwo: jeden z gości wciąż kopuluje, inni namiętnie grają w ping-ponga, a po tarasie każdego ranka przechadzają się dwie skąpo ubrane panie rozmawiające po francusku. Na Nancy poluje dawny alfons Alex (Marcello Mastroianni), a ochotę na nią ma też narowisty Mosquito (Roman Polański). Dziewczynie ciągle ginie jakiś fragment odzieży - najpierw koszulka, potem dżinsy, tak że w finale nieuchronnie będzie naga. Nancy prowadzi pamiętniczek godny wyzwolonej pensjonarki - niczemu się nie dziwi i chętnie spełnia cudze zachcianki, przeważnie perwersyjne.
Najsmaczniejsze są tu jednak elementy surrealistyczne, do których Polański zawsze miał pociąg. Przykład? Nancy, leżąc w łóżku, widzi w ścianie, tuż przy wezgłowiu, niedużą dziurę. Wkłada w nią ołówek, a gdy zasypia, ktoś, z drugiej strony ściany, wciąga ołówek w tę dziurę. Nigdy nie dowiemy się, kto to zrobił.
"Co?" to dowód odwagi obyczajowej, jaka zapanowała w kulturze niedługo po rewolucji seksualnej roku 1968. O tym, żeby nie brać tego serio, przypomina zastosowana tu formuła "kino w kinie" - finałowa ucieczka Nancy z willi to jednocześnie ucieczka aktorki z planu filmu "Co?".
Źródło: Duży Format