http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Prawdy i kłamstwa MAK

Wacław Radziwinowicz
2011-01-13, ostatnia aktualizacja 2011-01-13 01:26

Od dawna mam wątpliwości co do pracy MAK. I dzisiejsza konferencja jego szefów ich nie rozwiała, lecz raczej potwierdziła. Ale najpierw o najważniejszym

Aleksiej Morozow, szef komisji technicznej MAK
Fot. Sergey Ponomarev AP
Aleksiej Morozow, szef komisji technicznej MAK
Szefowie MAK oglądają animację przedstawiająca katastrofę polskiego tupolewa
Fot. vesti.ru
Szefowie MAK oglądają animację przedstawiająca katastrofę polskiego tupolewa
Wacław Radziwinowicz
fot. Agencja Gazeta
Wacław Radziwinowicz
Przewodnicząca MAK Tatiana Anodina
Fot. Sergey Ponomarev AP
Przewodnicząca MAK Tatiana Anodina
SONDAŻ
Czy przyjmujesz raport Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego na temat przyczyn katastrofy w Smoleńsku?

Tak, to błędy po polskiej stronie doprowadziły do tragedii
Nie, bo nie wyjaśniono, czy błędy popełniła też rosyjska obsługa lotniska
Nie mam zdania

Raport Komitetu, mimo swoich wad, potwierdza smutną dla nas oczywistość. Do tragedii 10 kwietnia doprowadził przede wszystkim nasz polski bałagan, nieodpowiedzialność, brawura.

To akurat w naszym kraju, gdzie brawura i nieodpowiedzialność są rzeczami codziennymi, gdzie stale tysiące ludzi siada po pijanemu za kierownicą i wiezie swoje dzieci, dziwić nie powinno. Z takich akurat przyczyn mamy w Polsce codziennie tysiące tragedii, choć na skalę znacznie mniejszą.

Ale w tym, co usłyszeliśmy od szefów MAK, jest dużo arogancji, a były i kłamstwa.

Aleksiej Morozow, szef komisji technicznej MAK, powiedział, że na pokładzie naszego Tu-154 nie było "lidera", czyli pilota rosyjskiego, który znając warunki w Smoleńsku, pomagałby i ostrzegałby naszych pilotów, bo Polacy go nie chcieli. To nieprawda. Jak ustaliła "Gazeta", to Rosjanie po prostu nie odpowiedzieli na naszą prośbę o przysłanie "lidera".

Tatiana Anodina, szefowa Komitetu, przyznaje, że urządzenia nawigacyjne na lotnisku Siewiernyj w Smoleńsku pracowały nieprawidłowo, ale zapewnia, że nie miało to wpływu na to, że doszło do katastrofy. Wniosek karkołomny, tym bardziej że inne fakty, o których mowa w raporcie, jemu zaprzeczają.

Eksperci MAK przyznali, że dyspozytor ze Smoleńska poinformował polskich pilotów o tym, że znajdują się na właściwej ścieżce podchodzenia do pasa startowego, choć maszyna była poza ścieżką. To dowodzi, że dyspozytor, co podkreśla nasz przedstawiciel przy MAK Edmund Klich, tak naprawdę nie wiedział, gdzie jest samolot prezydencki i tylko zgadywał, gdzie powinien być, bo radar działał niewłaściwie. Po tym, co usłyszeliśmy dziś w Moskwie, samolot zbyt szybko zbliżał się do ziemi. Dyspozytorzy powinni byli to widzieć na radarze, ale pewnie nie widzieli, bo nie ostrzegli Polaków.

Nie widzieli też, co się dzieje z rosyjskim Ił-78, który podchodził do lądowania w Smoleńsku przed samolotem prezydenckim. Ten samolot też wyleciał z mgły zbyt nisko i o mało się nie rozbił.

Jeśli weźmiemy to wszystko pod uwagę, to nie możemy się zgodzić z Rosjanami twierdzącymi, że stan lotniska i praca dyspozytorów nie mogły wpłynąć na to, że doszło do katastrofy.

Szefowie MAK zapewnili również wczoraj, że wszystkie zapisy rozmów w wieży kontrolnej zostały przekazane Polakom. To kłamstwo. Na nagraniach z wieży, które Polacy otrzymali jeszcze w kwietniu, wyraźnie słychać, że płk Nikołaj Krasnokutski, były dowódca pułku, który do października ubiegłego roku był gospodarzem lotniska w Smoleńsku, dzwoni przez telefon komórkowy do kogoś - pewnie w Moskwie - usiłując go przekonać, że Polakom należy odmówić wydania zgody na lądowanie z powodu mgły. Ten ktoś zabrania jednak zamknięcia lotniska. Z kim rozmawiał pułkownik, nie wiadomo. A to sprawa ważna, bo dyspozytorzy podobnie jak i polscy piloci byli pod naciskiem. Przy tym oni, wbrew kategorycznym zapewnieniom Anodinej, byli przekonani, że mają prawo i obowiązek zabronić Polakom lądowania.

MAK ogłosił dziś, że gen. Błasik, który przyszedł do kabiny pilotów, był pod wpływem alkoholu. Do tego należy podejść ostrożnie. Po katastrofie Boeinga 737 w Permie 14 września 2007 r. MAK twierdził, że pilot tej rosyjskiej maszyny był pijany. A potem okazało się, że dowodów na to nie ma.

W tym, o czym słyszeliśmy dziś z ust szefów MAK, nie było w zasadzie nic o pracy lotniska w Smoleńsku, gospodarzem którego jest dziś 12. mgińska dywizja wojskowego transportu lotniczego. Czemu to jest taką tajemnicą? Czy tylko charakterystyczna dla tradycji rosyjskiej pasja obrony "czystości munduru"? Być może nie tylko.

12. dywizja to jednostka niezwykła. Dysponuje najcięższymi samolotami transportowymi, które wykonują, mówiąc łagodnie, delikatne misje, codziennie latając na inne kontynenty z ładunkami być może nie zawsze do końca legalnymi. W tym, co robią piloci tej jednostki, może się kryć bardzo wiele sekretów zatrącających interesy państwa i prywatne interesy przedstawicieli jego elity. A ta sfera to u naszych sąsiadów strefa najściślejszych tajemnic, do których obcych nie dopuszcza się, jak mówią Rosjanie, "na wystrzał armatni".

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 131 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    142 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':