http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Sankowski poleca:Green River, "Ain't Nothin' To Do"

Robert Sankowski
2011-09-19, ostatnia aktualizacja 2011-09-19 12:05

Za kilka dni 20. rocznica wydania legendarnej płyty Nirvany "Nevermind". Z tej okazji muzyczne media na całym świecie już publikują różne retrospektywy i podsumowania. My nie będziemy inni, z tym że zamiast Nirvanę, przypominać będziemy przez cały najbliższy tydzień inne, mniej znane lub trochę już zapomniane kapele z Seattle.

Robert Sankowski
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
Robert Sankowski


Zaczynamy od Green River. Właściwie trudno inaczej, bo choć lokalna scena w Seattle mimo względnej izolacji od reszty amerykańskiego rynku - zarówno mainstreamu, jak i tego niezależnego - miała się w miarę nieźle i wcześniej, to pojawienie się w 1984 roku tego - ochrzczonego tak "na cześć" działającego w okolicach Seattle seryjnego mordercy, który porzucał swoje ofiary nad rzeką o tej nazwie - zespołu miało dla niej znaczenie decydujące. Z dwóch powodów. Po pierwsze - Green River okazało się prawdziwym jajem węża. Muzycy, którzy przewinęli się przez tę kapelę podczas czterech lat jej działalności, potem zakładali kolejne ważne formacje - Mudhoney, Malfunkshun, Mother Love Bone, w końcu Pearl Jam. Po drugie - to frontman Green River Mark Arm uważany jest za ojca twórcę terminu "grunge". W 1981 roku, w liście do miejscowego zine'a "Desperate Times" określił muzykę swojej ówczesnej kapeli Mr. Ep jako: "Pure noise! Pure grunge! Pure shit!". Jak utrzymują rozmaite źródła, to pierwszy w historii odnotowany przypadek użycia tego określenia wobec jakiejkolwiek kapeli grającej w Seattle.

Green River ostatecznie rozpadło się pod koniec 1987, ale muzycy grupy pozostają w dobrej komitywie. Raz na jakiś czas reaktywują zespół na okazjonalne koncerty. Po raz ostatni występowali razem dwa lata temu na rocznicowym koncercie innej lokalnej legendy - Melvins. Stąd klip, który dziś oglądamy to montaż materiałów archiwalnych z lat 80. oraz zdjęć zrealizowanych ledwie parę lat temu podczas współczesnych występów Green River.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':