Za kilka dni 20. rocznica wydania legendarnej płyty Nirvany "Nevermind". Z tej okazji muzyczne media na całym świecie już publikują różne retrospektywy i podsumowania. My nie będziemy inni, z tym że zamiast Nirvanę, przypominać będziemy przez cały najbliższy tydzień inne, mniej znane lub trochę już zapomniane kapele z Seattle.
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
Robert Sankowski
Zaczynamy od Green River. Właściwie trudno inaczej, bo choć lokalna scena w Seattle mimo względnej izolacji od reszty amerykańskiego rynku - zarówno mainstreamu, jak i tego niezależnego - miała się w miarę nieźle i wcześniej, to pojawienie się w 1984 roku tego - ochrzczonego tak "na cześć" działającego w okolicach Seattle seryjnego mordercy, który porzucał swoje ofiary nad rzeką o tej nazwie - zespołu miało dla niej znaczenie decydujące. Z dwóch powodów. Po pierwsze - Green River okazało się prawdziwym jajem węża. Muzycy, którzy przewinęli się przez tę kapelę podczas czterech lat jej działalności, potem zakładali kolejne ważne formacje - Mudhoney, Malfunkshun, Mother Love Bone, w końcu Pearl Jam. Po drugie - to frontman Green River Mark Arm uważany jest za ojca twórcę terminu "grunge". W 1981 roku, w liście do miejscowego zine'a "Desperate Times" określił muzykę swojej ówczesnej kapeli Mr. Ep jako: "Pure noise! Pure grunge! Pure shit!". Jak utrzymują rozmaite źródła, to pierwszy w historii odnotowany przypadek użycia tego określenia wobec jakiejkolwiek kapeli grającej w Seattle.
Green River ostatecznie rozpadło się pod koniec 1987, ale muzycy grupy pozostają w dobrej komitywie. Raz na jakiś czas reaktywują zespół na okazjonalne koncerty. Po raz ostatni występowali razem dwa lata temu na rocznicowym koncercie innej lokalnej legendy - Melvins. Stąd klip, który dziś oglądamy to montaż materiałów archiwalnych z lat 80. oraz zdjęć zrealizowanych ledwie parę lat temu podczas współczesnych występów Green River.