Zapowiedziany przez rząd program "komputer dla ucznia" póki co nie wypalił. W związku z tym Jaś Kowalski nadal rzadko uczestniczy w interaktywnej lekcji. Jedyny kontakt z komputerem ma podczas zajęć z informatyki, ale musi się nim dzielić z kolegą. Zazdrości swoim rówieśnikom z Portugalii i Hiszpanii - w ich szkołach każdy uczeń na zajęciach ma do dyspozycji laptopa, w dodatku może zabrać go do domu.
Komputer, jak wiadomo, jest narzędziem przydatnym. Trudno w tej chwili znaleźć dziedzinę, w której nie byłby wykorzystywany. Umiejętność jego obsługi przydaje się w każdej pracy, nie mówiąc już o tym, że stanowi podstawowe źródło pozyskiwania informacji niezbędnych do funkcjonowania w nowoczesnym świecie. Wielce zasadnym byłoby więc rozpoczęcie nauki pracy z komputerem jak najwcześniej, najlepiej w szkole podstawowej. Całkowite zastąpienie epoki kredy i gąbki multimediami wydaje się być cudem na kiju. Z pewnością ma wiele zalet.
Wyobraźmy sobie, że każdy Jaś (i każda Małgosia, Ania ) ma laptopa na ławce, a nauczyciel pracuje przy pomocy mulimedialnej tablicy, na której zamiast nudnych "lekcja-temat" pojawiają się barwne plansze i interaktywne ćwiczenia, które rozwiązywać może każdy nie wychodząc z ławki. Rewelacja! Wzrasta zainteresowanie lekcją, uczniowie biorą w niej aktywny udział, wyrywają się do odpowiedzi. Kreatywny nauczyciel pomaga wykorzystywać programy pomocne w zrozumieniu materiału, uczniowie sami komponują piosenki przy pomocy e-kompozytora (to lekcja muzyki), on-line rozwiązują językowe testy, które sprawdza komputer, więc wyniki, po pierwsze znane są błyskawicznie, po drugie, nie ma mowy o niesprawiedliwości oceniania. Nie bez znaczenia jest również fakt, że plecaki są mniej przeciążone, wszystkie książki zamienione zostały na e-podręczniki i każdy ma je w swoim laptopie. Ba! Jeszcze lepiej - w swoim tablecie.
Rzeczywistość tą póki co można włożyć między bajki, choć plan digitalizacji polskiej szkoły istnieje i bardzo (bardzo!) powoli jest realizowany. W 2009 roku pojawiły się pilotażowe programy w niektórych szkołach w Polsce (m.in. w Bytomiu, Jarocinie), które testowały przydatność laptopów na lekcjach. Dodajmy, że każdy uczeń miał do dyspozycji osobny komputer, w dodatku mógł go zabrać do domu, by odrobić lekcje. Tam, gdzie szkoły rzeczywiście efektywnie wykorzystywały możliwości, jakie daje cyfrowa rewolucja, uczniowie osiągali najlepsze wyniki w gminie.
Na większą skalę takie programy są realizowane w innych krajach Europejskich, m.in. Portugalii i Hiszpanii. System ten sprawdza się jako taki, który poszerza horyzonty uczniów i daje im nowe, ciekawe narzędzia pracy. W Hiszpanii (program Escuela 2.0) i Portugalii (program Magellan) za sprawą "laptopowej" reformy wielu uczniów znów zaczęło chodzić do szkoły (wcześniej ok. 30% nie realizowało obowiązku szkolnego po ukończeniu szkoły podstawowej). Problem pojawił się w momencie, kiedy podliczono koszty. Przykładowo rząd regionalny Castilla la Mancha (Hiszpania) początkowo planował wprowadzenie tego programu od 5-tej klasy szkoły podstawowej do 2-giej klasy szkoły średniej (odpowiadającej naszemu gimnazjum). Po zweryfikowaniu kosztów okazało się jednak, że uczniowie będą mogli korzystać z laptopów tylko przez dwa lata, po tym okresie należy je zwrócić do szkoły (lub wykupić za niewielkie pieniądze) - trafią do kolejnych roczników. Weryfikacja planów nastąpiła w momencie, gdy uświadomiono sobie, że zakup laptopów dla uczniów to jedynie początek góry lodowej kosztów, które trzeba ponieść w związku z przedsięwzięciem. Droga jest cała infrastruktura sieci - w całej szkole powinien być dostęp do szybkiego bezprzewodowego łącza. Sporo pochłania także serwisowanie sprzętu, problem jest, kiedy coś się popsuje - nie bardzo wiadomo, kto za to ma zapłacić. Należy także przeznaczyć lwią część środków na dokształcenie kadry nauczycielskiej. Do takiej lekcji trzeba się solidnie przygotować.
Ana Moragón Soda, nauczyciel klasy 5-tej w Ciudad Real:
Staramy się przełożyć program z podręczników na ćwiczenia multimedialne, każda lekcja wymaga osobnego przygotowania - to dużo pracy dla nauczyciela, ale efekty są bardzo pozytywne. Często dajemy uczniom zadanie przeszukania stron internetowych w celu znalezienia jakiejś informacji, przyda im się taka umiejętność w późniejszym życiu. Szczególnie ważny jest udział multimediów w takich lekcjach jak historia czy geografia, gdzie można wykorzystywać prezentacje Power Point - dzięki temu wiele informacji jest przez uczniów lepiej przyswajana niż w przypadku zwykłego wykładu. Na języku hiszpańskim rozwiązywane są ćwiczenia językowe, na matematyce - zadania - wszystko za pomocą testów komputerowych. Ważne jest, by nauczyciel nie był mniej biegły w obsłudze komputera czy narzędzi iInternetowych od swoich uczniów. Podczas specjalnego szkolenia przygotowawczego wymagano od nas, byśmy nauczyli się posługiwać nowoczesnymi komunikatorami, założyli konto na Facebooku. Za pomocą poczty e-mail kontaktujemy się z uczniami i ich rodzicami - to kolejny ważny plus reformy. Rodzice mogą mieć też wgląd w to, co dziecko robiło na zajęciach za pomocą panelu historia w ich komputerach.
W wielu polskich szkołach nauczyciele również kontaktują się z rodzicami przez e-mail, a rodzice mają wgląd w oceny w dzienniku dostępnym on-line. Kłopot w tym, że takie rozwiązanie, będąc przydatnym dla rodzica, jest uciążliwe dla nauczyciela. A to dlatego, że w szkole jest np. tylko jeden komputer z dostępem do e-dziennika. Trzeba tam wpisywać oceny z tradycyjnych dzienników papierowych, a więc dwa razy robić to samo. Rozwiązaniem byłby komputer na każdym nauczycielskim biurku. Z tego komputera można by także wyświetlać prezentacje multimedialne na tablicach. Więc może zamiast porywać się z motyką na słońce warto by reformę zacząć od takiego kroku?
Nauczyciele zdają sobie sprawę z zalet komputeryzacji szkoły, martwią się jednak, że uczeń z laptopem podpiętym do sieci równa się chaos na lekcji. Jak skontrolować 30-tu czy nawet 40-tu uczniów - czy rzeczywiście zajmują się lekcją, a nie grają w gry komputerowe czy surfują po sieci. Lekcje z komputerem spowodują, że w efekcie uczeń będzie spędzał nawet 11 godzin dziennie przy monitorze (w szkole, a potem w domu). Uczniowie mogą cierpieć na nudności, bóle głowy czy mieć kłopoty ze wzrokiem. Według badań World Internet Project z 2010 r. przeciętny nastolatek siedzi przy komputerze średnio 16 godzin tygodniowo. To dużo, a będzie jeszcze więcej. Obawy dotyczą także tego, czy uczniowie będą rzeczywiście potrafili w mądry sposób wykorzystywać dane im narzędzie, czy nie staną się analfabetami nieumiejącymi się poprawnie podpisać, bo w komputerze korektę zrobi za nich specjalny program. Być może rozwiązaniem byłoby połowiczne korzystanie z nowoczesnych platform edukacji, niecałkowite odżegnywanie się od używania tradycyjnych zeszytów i książek, a przede wszystkim mądre wskazywanie uczniom, jak nie zgubić się w elektronicznej dżungli.
Póki co wokół polskiej e-edukacji jest jeszcze sporo wątpliwości. Nauka za pomocą e-podręczników czy e-ćwiczeń, tak jak e-zakupy czy e-konto, w przyszłości jest nieunikniona. O jej ostatecznej formie warto rozmawiać już teraz.