Fot. Gin Kai, U.S. Naval Academy, Photographic Studio (na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported)
Pomysł rozdawania polskim uczniom netbooków (co miało pomóc w walce z cyfrowym wykluczeniem) wciąż pozostaje tylko projektem. Ale jest ktoś, kto od wielu lat realizuje z sukcesem tę samą ideę i to w krajach znacznie biedniejszych niż Polska. Nazywa się Nicholas Negroponte i rozdał już dzieciom miliony komputerów.
Nicholas Negroponte, naukowiec z Massachusetts Institute of Technology, już w 1982 roku dostarczał ośmiobitowe maszyny Apple II małym Senegalczykom. Dziesięć lat temu osobiście obserwował jakie zastosowania dla dostarczonych przez niego komputerów znalazły dzieci z kambodżańskiej wioski.
W 2005 roku Negroponte wystąpił na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos z projektem stworzenia taniego komputera dla dzieci z krajów trzeciego świata. Projekt pod chwytliwą nazwą "Laptop za 100 dolarów" ("$100 laptop") zyskał natychmiastowy rozgłos i poparcie wielkich firm - między innymi Google, AMD, Red Hat (zajmująca się dystrybucją ssytemów Linux) i News Corporation (Ruperta Murdocha). Pracami nad stworzeniem takiego komputera zajęła się organizacja non-profit OLPC (od angielskiego One Laptop Per Child - jeden laptop na dziecko).
Cel był niezmiernie ambitny, laptop musiał kosztować znacznie mniej, niż jakikolwiek inny w historii i jednocześnie musiał spełniać wiele nietypowych wymagań. Nietypowych choćby dlatego, że sam "klient" mocno odbiega od profilu typowego użytkownika laptopa. Przypomnijmy - chodzi o dzieci z krajów biednego Południa. Dzieci, które muszą testować odporność wszystkiego na wszystko. Komputer musi zatem wytrzymać upadek z wysokości (na szczęście adekwatnej do wzrostu użytkownika), zalanie wodą i wszędobylski w biednych krajach kurz.
Filmik promujący akcję One Laptop Per Child:
Trzeba było wziąć pod uwagę to, że w Afryce nie wszędzie jest dostęp do prądu (lub dziecko po prostu zapomni naładować baterię). Tutaj projekt może popisać się szeregiem innowacyjnych rozwiązań. XO-1 (tak nazywał się pierwszy model) był wyposażony w małą korbkę, którą można podładować baterię (minuta kręcenia - 10 minut użytkowania). Całe urządzenie jest na tyle energooszczędne, że można by ładować go bateriami słonecznymi. Monitor może pracować w dwóch trybach - kolorowym, "energożernym" (choć zapewne chcielibyśmy, by nasze monitory pobierały 1 Watt) i dziesięciokrotnie oszczędniejszym - monochromatycznym, który świeci światłem odbitym (podobnie jak w czytnikach e-książek, co oszczędza nie tylko prąd, ale i oczy użytkownika). Zalety świecących światłem odbitym monitorów potrafi docenić każdy, kto próbował w pełnym słońcu obejrzeć coś na ekranie normalnego laptopa i porównał swoje doświadczenia z czytnikiem e-książek lub choćby zwykłą gazetą. Światło słoneczne jest jedną z tych rzeczy, których w Afryce nie brakuje.
Kolejne wyzwanie to dostęp do internetu
Bez dostępu do sieci internetowej komputer to tylko taka trochę lepsza maszyna do pisania. W krajach Trzeciego Świata z tym dostępem bywa raczej źle. A jeśli już do jakiejś szkoły doprowadzona jest sieć, to można zapomnieć o dostępie wi-fi w całym budynku - infrastruktura jest zbyt droga. Dlatego w XO zastosowano sprytne rozwiązanie - każdy komputer stanowi punkt dostępowy dla innych komputerów (nawet gdy procesor nie pracuje) - wystarczy zatem, by w naszym zasięgu znajdował się komputer, który ma łączność z internetem (choćby za pośrednictwem kolejnego XO). Implikacje modelu "każdy łączy się z każdym" są szersze i znajdują wsparcie w oprogramowaniu - dzieci mogą uczyć się w grupach (choćby poprzez jednoczesną pracę na jednym dokumentem lub łatwe i szybkie dzielenie się plikami).
Nawet system operacyjny jest zaprojektowany specjalnie dla małych dzieci. Inżynierowie doszli do wniosku, że celem powinna być nauka, a nie nauka obsługi komputera. Rezultat na tyle odbiega od znanych nam systemów pod Windows, OSX lub Linuks, że najlepiej jest zobaczyć go samemu.
Pierwsze prototypy pojawiły się już w 2006 roku, produkcja seryjna rozpoczęła się w listopadzie 2007 r.
Wspomniana cena stu dolarów za sztukę była celem, który zamierzano osiągnąć dzięki efektowi skali (czyli spadkowi kosztów wraz ze wzrostem produkcji) i stale spadającym cenom podzespołów elektronicznych. Negroponte zakładał, iż cena spadnie do stu dolarów w 2008 roku. Tak się jednak nie stało i choć nadal mówi się o planowanym zejściu nawet poniżej tej bariery, to cena jednostki wciąż kształtuje się w okolicach 200 USD.
Daj jeden, dostań jeden (komputer)
Ciekawym uzupełnieniem projektu była inicjatywa G1G1 (z angielskiego Give One Get One - daj jeden, dostań jeden). Choć XO niedostępne były w normalnej sprzedaży, zaoferowano chętnym z krajów zachodnich kupno dwóch komputerów, z których jeden wędrował do dziecka w Trzecim Świecie. G1G1 pozwoliło na zebranie stu tysięcy laptopów, ale zakończyło się to raczej porażką - program przerósł logistyczne możliwości organizacji, co w połączeniu z problemami ze strony producentów sprzętu spowodowało wielomiesięczne opóźnienia w dostawach.
Ciężko oszacować powodzenie projektu. W latach 2007-2011 dostarczono ponad dwa miliony sztuk XO w dwudziestu kilku krajach. Utworzony w reakcji na medialny sukces One Laptop Per Child komercyjny rywal - projekt Classmate PC firmy Intel sprzedał dotychczas ok. 4.5 mln sztuk. Trudno jednak mierzyć się z siłą przebicia tego amerykańskiego giganta. Nie musimy też patrzeć na tę konkurencję w typowy sposób - z punktu widzenia OLPC każdy dodatkowy laptop w rękach dziecka jest sukcesem - czy to XO, czy też produkt komercyjny.
Projekt One Laptop Per Child miał inne poważne, choć zupełnie nieprzewidziane skutki.
I tak pojawił się Atom
Zważywszy na trudności w dostępie do energii elektrycznej, laptop musiał zużywać mało energii. Zdecydowano się na wykorzystanie oszczędnego procesora Geode firmy AMD. Największy producent procesorów - amerykański Intel - poczuł się zagrożony perspektywą powstania sporej niszy w której nie miał nic do zaoferowania. Rozpoczął prace nad własnym energooszczędnym procesorem (tę linię produktów nazwano Atom) i wspomnianym wcześniej Classmate PC.
Również inne firmy dostrzegły szansę na komercyjny sukces - powstały w 2007 Asus Eee PC uważany jest za pierwszego netbooka (takiego mniejszego notebooka). Wytworzyła się potężna nisza, oparta w zdecydowanej większości właśnie o procesory Atom. Szacuje się, że w 2009 już 20% całego rynku komputerów przenośnych stanowiły netbooki.
Komputer dla każdego dziecka w Polsce?
Część z problemów, z którymi zmagają się ludzie z OLPC, naszego kraju nie dotyczy - dzieci uczą się raczej pod dachem, w czystych pomieszczeniach ze stosunkowo łatwym dostępem do prądu. Istotniejsze jednak są części wspólne, wszak same dzieci i cele są takie same. Możemy oczywiście mówić, że Polska jest bogatym krajem i u nas większość dzieci posiada dostęp do komputera, więc taki projekt byłby znacznie mniej efektywny, niż w krajach biednego południa. Nie podważa to jednak kilku bardzo ważnych zalet takiego powszechnego modelu dystrybucji sprzętu dla dzieci.
Po pierwsze, większość nie znaczy wszyscy. Nie powinniśmy od woli i możliwości finansowych rodziców uzależniać tego, czy dziecko skorzysta z możliwości, jakie daje komputer i dostęp do internetu.
Po drugie, komputery mogłyby być współfinansowane przez rodziców, a wysokość dotacji mogłaby być uzależniona od poziomu dochodów rodziny. Nie jest to nowy pomysł - był wykorzystywany chociażby w trakcie niedawnego uzbrajania dzieci w mundurki.
Po trzecie, laptop wdrożony w ramach powszechnego projektu daje znacznie większe możliwości niż taki prywatnie posiadany. Gdy wszystkie dzieci posiadają taki sam komputer, naukę można zorganizować tak, aby stał się on jej integralnym elementem, a nie jedynie opcjonalną pomocą przy odrabianiu zadania domowego. Dziecko powinno z komputera korzystać nie tylko w domu, ale i w trakcie zajęć szkolnych.
Po czwarte, mówimy o komputerze zbudowanym specjalnie dla dzieci. Małym i lekkim (XO waży 1,5 kg). Fabrycznie wypełnionym oprogramowaniem edukacyjnym, wspierającym wspólną naukę z innymi dziećmi, zachęcającym do poznawania świata. Ten, który posiadają w domu, został zbudowany z myślą o pracy z edytorem tekstu, bądź arkuszem kalkulacyjnym mamy i taty.
Po piąte, potrafię sobie łatwo wyobrazić istotne oszczędności będące bezpośrednim następstwem wdrożenia projektu. XO dobrze spełnia rolę e-czytnika - wspomniany monitor ma tryb pozbawiony podświetlenia i umożliwia złożenie urządzenia tak, by trzymało się je w ręce jak książkę (klawiatura chowa się za ekranem). Szacuje się, że podręczniki kosztują rodziców ponad 300 zł rocznie, a to więcej, niż połowa wartości XO, którego po roku wyrzucać w żadnym wypadku nie trzeba. "Wyprodukowanie" książki cyfrowej kosztuje znacznie mniej - odpada większość kosztów związanych z drukiem i dystrybucją. Potencjalne oszczędności stały się właśnie znacznie realniejsze, bowiem minister edukacji Katarzyna Hall chce zobowiązać wydawców do rejestrowania podręczników w również w wersji cyfrowej.
W pierwszych miesiącach urzędowania premier Donald Tusk obiecywał: "Tak, jak każdy polski uczeń ma prawo do ciepłego posiłku, tak powinien mieć też dostęp do komputera, oprogramowania edukacyjnego i Internetu. To zrewolucjonizuje polską edukację i wyrówna szanse między dziećmi z rodzin biednych i bogatych". Potem przyszedł kryzys, zaciskanie pasa i pilniejsze wydatki. Pomysł nie skończył się jednak na hasłach - opracowano nawet model, w którym środki na zakup sprzętu uzyskano by dzięki konwersji opłat za koncesję operatorów telefonii komórkowej (zob. artykuł Aleksandry Pezdy "Laptop na wierzbie"). Niestety Sejm nie zdąży już przegłosować ustawy w obecnej kadencji. Wiadomo też, że minister Rostowski robi to, co do niego należy... czyli marudzi, gdy w grę wchodzi wydawanie pieniędzy.
Niepokój budzą również plany wyposażenia w komputery szkół, a nie uczniów. Naczelne hasło przyświecające twórcom OLPC to właśnie One Laptop Per Child - jeden laptop na ucznia. Dzieci muszą mieć możliwość zabrania komputera do domu i korzystania z niego na własnych warunkach. Sam pomysł sprezentowania laptopów szkołom, a nie uczniom rodzi obawy, czy aby na pewno do wszystkiego podchodzi się z głową, czy też może wyposażony w Windowsa trzykilogramowy laptop dostanie szkoła, która wykorzysta go tak, jak 15 lat temu na lekcjach informatyki (wszyscy, z którymi rozmawiałem o lekcjach informatyki zgodnie określali je jako stratę czasu). Co chwilę czytamy wypowiedzi polityków, którzy większego pojęcia na te tematy nie mają. Przykład: proponuje się wyposażenie klas w drogie elektroniczne tablice. Po co, skoro na każdej ławce ma leżeć laptop wyposażony w łączność bezprzewodową i monitor? Mała podpowiedź dla decydentów: ludzie z OLPC robią to od lat i robią to dla dzieci, a nie pieniędzy. Pewnie chętnie doradzą. Lub skorzystajmy z doświadczeń krajów, które pierwsze doświadczenia mają za sobą.
Z upływem lat laptop dla ucznia przestaje być szansą, a staje się po prostu koniecznością. Nowy sejm zacznie pracę z perspektywą kilku lat bez żadnych wyborów. Miejmy nadzieję, że pozwoli to skupić się na tym, co istotne.