Rafał Pankowski, redaktor antynazistowskiego czasopisma "Nigdy Więcej", wspomina swego kolegę Stiega Larssona jako człowieka wesołego, świetnego mówcę i kompana.
- Pamiętam taką scenę; pijemy piwo w berlińskim squacie. Stieg sypie jak z rękawa anegdotami na różne tematy, opowiada historie o policjantach i bandytach. Reszta zebranego towarzystwa słucha. Jest zawsze w towarzystwie ktoś, na kim grupa skupia uwagę, bo opowiada najbarwniej, jego dowcipy są najśmieszniejsze, a riposty - najcelniejsze. Taki był Stieg, urodzony lider.
Lider, którego nie przyjęli na dziennikarstwo, który nie mógł znaleźć pracy i przez lata egzystował na zawodowych poboczach, z trudnością wiążąc koniec z końcem. Z jednej strony zdolny rysownik i autor, sympatyczny, pracowity do bólu, pomysłowy, odważny, ciekawy świata. Z drugiej - skryty, samotny, przez większość życia niespełniony. Tyle opowiadał anegdot o innych, a tak niewiele o sobie. Przez pięć lat po jego śmierci dziennikarze nie byli w stanie ustalić oczywistych faktów. Jak miał właściwie na imię? Stig? Stieg? Karl? Gdzie się urodził - w Slelleftea czy gdzieś obok? Walczył na wojnie w Etiopii, w Erytrei, na Grenadzie czy wcale? Należał do partii komunistycznej czy tylko sympatyzował? Był socjalistą, trockistą, anarchistą, nihilistą, ateistą? Ile części "Millennium" napisał?
Na pewno było w nim dużo gniewu.
Złościł się na rodziców, którzy pozbyli się go z domu, kiedy był mały, a potem szybko wyekspediowali w dorosłość, na socjaldemokratów ("sossistów" - jak ich zwał), którzy obiecali kraj raj, a stworzyli - według Stiega - wielkie gówno, na zakłamany Kościół, na agresywną Amerykę, na strasznych szwedzkich mieszczan.
Przez lata wylewał wściekłość w publicystyce, którą mało kto czytał. Atakował konserwatystów, zwolenników tradycyjnej rodziny, czcicieli Białej Siły, faktycznych i domniemanych faszystów. Pisał o nich: "brutale", "pomyleńcy", "barbarzyńcy".
Tworząc dzieło życia - trylogię "Millennium" - ubrał swój gniew w literaturę. Złoczyńcami ("koterią zbirów" - jak napisał brytyjski krytyk) uczynił białych heteroseksualnych mężczyzn, tak zwanych dobrych Szwedów. Pozytywnymi bohaterami - wszelkiej maści odmieńców.
Chłopiec, którego nie chcieli
Przyszedł na świat - jako Karl Stig Erland Larsson - w 1954 r.
Maleńka osada Skelleftehamn w północnym okręgu Västerbotten. Osiem miesięcy zimna. W marcu śniegi sięgają dachów. W lipcu dużo deszczów i jeszcze więcej komarów. Mało dróg, mnóstwo gór, lasów i jezior. Między nimi ryby, renifery i wielki kombinat metalurgiczny Ronnskar przyklejony do 30-tysięcznego miasta Skelleftea.
Ojciec Karla Stiga - Erland - jest tutaj kolejno robotnikiem w hucie, bileterem w kinie, pracownikiem domu towarowego, dekoratorem i rysownikiem w lokalnej gazecie. Razem z matką - poznaną na potańcówce Vivianne z domu Bostrom - często bierze udział w pierwszomajowych manifestacjach. Jako człowiek z plastycznym talentem przygotowuje transparenty z marksistowskimi hasłami i dekoracje w kolorze czerwonym.
Gdy Stig jest jeszcze malutki, rodzice przenoszą się na kilka lat do wynajętego pokoju z kuchnią w Sztokholmie. Syna wysyłają do ojca Vivianne, do wsi Ursviken koło Skelleftea.
Dziadek Severin Bostrom jest szeregowym pracownikiem kombinatu Ronnskar, mocno zgorzkniałym, wiecznie narzekającym na rząd mężczyzną, który sam o sobie mówi: "antyfaszysta". Wspomina, że podczas wojny zamknięto go w szwedzkim obozie koncentracyjnym.
Brzmi nieprawdopodobnie, ale tak mogło być - w latach 1940-43 poddana presji III Rzeszy Szwecja musiała poczynić wiele ustępstw, m.in. internować potencjalnych przeciwników Hitlera. Dziadek Stiga nigdy tego ojczyźnie nie darował. To on zaszczepi w malcu przekonanie o tym, że państwu szwedzkiemu trzeba patrzeć na ręce. Po latach Larsson będzie używał imienia dziadka jako pseudonimu, którym podpisze wiele radykalnych manifestów.
Domek, w którym spali razem
Gdy Stig ma cztery lata, dziadek odchodzi z Ronnskar i przenosi się wraz z wnukiem i żoną Teklą na jeszcze głębszą prowincję. Zamieszkują w przysiółku Maggliden - w pomalowanym na czerwono, drewnianym, niskim domku na pagórku.
Severin Bostrom, który utrzymuje się teraz z naprawy rowerów i prostych urządzeń gospodarskich, ma dużo czasu dla wnuka. Babcia, z którą Stig sypia w jednym łóżku, rozpieszcza malca. Do tego w kilku sąsiednich gospodarstwach mieszka pół tuzina małych dzieci. Jest tak fajnie, że Stig przestaje tęsknić za rodzicami. Gdy przyjeżdżają w odwiedziny, mówi im wprost, że woli mieszkać z dziadkami. Erland i Vivianne, którym rodzi się już w tym czasie drugi syn, się zgadzają. Ośmioletni Stig idzie do maleńkiej szkoły podstawowej w sąsiadującej z Bjursele wiosce Pjasorn i wszystko wskazuje na to, że wyrośnie z niego wiejski chłopak.
Idylla kończy się w 1962 r., gdy dziadek umiera na zawał.
Zapłakany wnuczek jedzie pociągiem z rodzicami, których słabo zna, do ich nowego domu - drewnianego szeregowca na spokojnym osiedlu w największym mieście regionu, stutysięcznym Umea.
Odtąd mieszkają we czworo - Erland, Vivianne, Stig i najmłodszy Joakim.
Źródło: Gazeta Wyborcza