http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Witkowski: Spalone zwłoki muszą być

Rozmawiała Dorota Wodecka
2011-12-01, ostatnia aktualizacja 2011-12-01 18:32

- Teraz mamy tak zblazowanego czytelnika, że nieprzyjemność jest uważana za przyjemność. On chce się bać. Chce, żeby go obrzydzić. Chce mieć coś ponurego - mówi Michał Witkowski, który zajął trzecie miejsce w naszym plebiscycie na najlepszego polskiego pisarza przed czterdziestką


Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Kto zdobędzie dla Polski literackiego Nobla 2040? Dziesiąte miejsce w naszym plebiscycie zajął Wojciech Kuczok, dziewiąte Mikołaj Łoziński, ósme Mariusz Sieniewicz, siódme Julia Fiedorczuk, szóste Jacek Dehnel. Piąte miejsce przypadło Jackowi Dukajowi, a czwarte - Justynie Bargielskiej. Trzecie miejsce zajął Michał Witkowski. Na czym polega nasz ranking najlepszych polskich pisarzy przed czterdziestką - dowiesz się tutaj.



Dorota Wodecka: Wciąż pan chce być pisarzem celebrytą?

Michał Witkowski: Nigdy nie chciałem być i nigdy nie byłem celebrytą. Ale może za mało energicznie protestowałem przeciwko takiemu stawianiu sprawy. Niestety, podczas promocji "Margot" wszystko wymknęło się spod kontroli. Co miało być zgrywą i ironią, zostało odczytane jako najpoważniejszy w świecie fakt.

Wszystko, czyli zapowiedź ślubu z Jacykowem, tok szoły, czerwone dywany i egzemplarze recenzenckie "Margot" w różowych cekinowych torebkach?

- Tak, wszystko. Tym razem surowo zabroniłem działowi promocji jakichkolwiek "różowych" zamieszek. Poza tym pisanie "Margot", a szczególnie okres jej promocji, czyli jesień dwa lata temu, to był bardzo zły okres w moim życiu. Miałem depresję, problemy z lekami i czułem się koszmarnie. Nic mi nie wychodziło w prozie, a musiałem coś napisać. I jak na takie beznadziejne samopoczucie, na samotność warszawską, na niebycie sobą i niebycie w swoim żywiole, to ta książka to w ogóle fajerwerki. Ale w porównaniu z "Drwalem" jednak tylko wydmuszka. Na pewno są tam ładne zdania, miłe fragmenty i błyskotliwe żarciki, czyli całe to pozłotko. Ale dopiero kiedy zobaczyłem "Margot" na scenie, zdałem sobie sprawę, jak mam dosyć tego kampowego stylu.

Dziś jestem w zupełnie innym nastroju. I będę się ukrywał za powieścią. Więc o "Drwala" proszę mnie pytać, a nie o celebryctwo.

Ten nastrój to się z czego bierze? Z powrotu do Wrocławia?

- We Wrocławiu mam prawdziwe przyjaźnie, zakorzenione od 25 lat. Nikt tu ze mną nie robi interesów, tylko spotyka się, żeby pogadać o życiu albo przejść się na spacer. W porównaniu z Warszawą to sanatorium. Nigdy jednak nie miałem poczucia, że wracam z niej poraniony, tylko po prostu znudziło mnie to życie, nie miałem na nie siły.

Miał pan "dość kupczenia swoim ciałem na Facebooku, czytania gównianych plotek, brandzlowania się, rozkojarzenia, latania po warszawskich galeriach sklepów"? Wyciszył się pan w chatce w Międzyzdrojach po sezonie?

- To znaczy wyciszałem się w swoim życiu, nie w powieści, bo to się może mylić. Naprawdę jeździłem do takiego tajemniczego faceta pod Międzyzdroje. Prosto z Warszawy. W grudniu, w styczniu, o każdej porze, byle nie w sezonie. Jeszcze przez dwa, trzy dni ta Warszawa ze mnie parowała, a potem nagle przestawiałem się na prozę. Mój gospodarz spał albo pierdział lub bekał. Musiałem mu dorobić jakąś biografię.

Z miłości pan do niego jeździł?

- Nie, nie z miłości. Miałem poczucie, że wreszcie nie jestem w centrum, tylko na obrzeżach. Obrzeża zawsze na mnie bardziej działały niż centra. Być gdzieś na zadupiu to bardzo literackie uczucie. Rąbałem drewno, nie goliłem się, nawet niespecjalnie się myłem. I wszystko było jakieś piękne. Po pewnym czasie zaczynałem myśleć prozą, chodzić po lasach. Normalnie, Hemingway. Chciało mi się prowadzić dziennik.

I pisać kryminał?

- Przede wszystkim chciałem odejść od stylu "Barbary" i "Margot", od kampu, teatrzyku, fajerwerków, kabaretu. Potrzebowałem ponurego realizmu, surowości, czegoś jak rąbanie drewna. Usiłowałem jak najmniej ubarwiać i przesadzać, trzymać się jak najdalej od groteski. Myślę, że następna książka będzie jeszcze bardziej surowa, bo tu wciąż nie do końca to wyszło.

A kryminał chciałem napisać od zawsze. Tylko uważałem, że nie umiem. Dalej nie umiem, ale wierzę, że ten zdobyty przy "Drwalu" warsztat nie pójdzie na marne. Ani te wszystkie bóle.

Tworzenia?

- W pewnym momencie człowiek staje jak wryty i ni w ząb po prostu. Jakby kopała pani linię metra i natrafiła na kamień. I trzeba wysadzać dynamitem. Ale kryzysy są zawsze najbardziej twórcze, bo za to ile satysfakcji z przełamania! Krwią i żelazem!

Krwią i żelazem?

- Kiedy utknąłem, łaziłem od rana do wieczora na ośmiogodzinne spacery i wracałem bez jednego zdania. Bez jednego rozwiązania, mimo że cały czas miałem w głowie jedno pytanie: kto, k..., ją zabił, skoro nie ten, co mi teraz pasuje? W każdym razie ta książka sama się nie napisała. Musiałem się nauczyć budowania akcji i pod tym względem krew się lała.

Czyli warsztat, a nie natchnienie.

- Natchnienie jest w opisach leśniczówki, nastroju miasteczka Twin Peaks, który panuje w Międzyzdrojach po sezonie. Ale w dochodzeniu, kiedy umarła doktorowa i co morderca mógł jej zrobić, to już musiałem używać cholernych tablic korkowych i memory sticks. I rysować gwiazdki i strzałki od jednej postaci do drugiej, od wydarzenia do wydarzenia. To był ból, ale mam nadzieję, że jak to w miłości, bolało tylko za pierwszym razem.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    28 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':