Kto zdobędzie dla Polski literackiego Nobla 2040? Dziesiąte miejsce w naszym plebiscycie zajął Wojciech Kuczok, dziewiąte Mikołaj Łoziński, ósme - Mariusz Sieniewicz, siódme - Julia Fiedorczuk. Na szóstym miejscu znalazł się Jacek Dehnel. Na czym polega nasz ranking najlepszych polskich pisarzy przed czterdziestką - dowiesz się tutaj.
Katarzyna Surmiak-Domańska: Co pan sądzi o nowej facebookowej kampanii społecznej: "Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka!"? Jacek Dehnel: Nie słyszałem. Ale swojego czasu moi znajomi wklejali na Facebooku zdjęcie Johna Watersa na tle wielkiej biblioteki z cytatem: "If you go home with somebody, and they don't have books, don't fuck 'em!".
Nic już nie da się wylansować bez seksualnego podtekstu, nawet czytania? - To raczej próba odczarowania czytania jako dziedziny nieatrakcyjnej, "nieseksownej" - stereotypu, który wziął się chyba z czasów pierwszej emancypacji kobiet. Ta, która czytała, a zatem mniej dawała sobą potem manipulować, była "gorszą partią" niż gąska, która tylko haftowała na tamborku. To było takie przeniesienie, jak teraz w zdaniu "feministki są brzydkie". A wcześniej czytanie było postrzegane jako oznaka statusu; w połowie XIX w. na zdjęciach z atelier, a wcześniej na portretach.
Inicjatorzy kampanii używają haseł typu: "Olewam reality show, gdy mam w domu Edgara Poe". - Na Facebooku jest też świetna grupa "Zamiast szorować gary, poczytaj panią Bovary", gdzie użytkownicy, ja również, wypisują hasła w rodzaju: "Zamiast igły w stogu szukać, czytaj Księgę Habakuka!", czy "Zamiast z buta płot rozwalać, weź się, chłopie, za Stendhala!".
Tylko czy taka akcja ma szanse wypromować czytanie? Co zrobić z obywatelem, który nie rozumie słowa "Stendhal"? - Obywatela-nieczytka ta akcja na pewno nie przekona, bo on nie ma narzędzi do złapania dowcipu. A takie narzędzia nabywa się od dziecka. Jeżeli w domu nie ma warunków do odpowiedniej edukacji, powinna wystarczyć
szkoła, ale ona w ostatnim dwudziestoleciu w Polsce bardzo podupadła. To nie znaczy, że kiedyś każdy uczeń czytał wszystkie lektury - jasne, nie czytał. Ale postulat był taki, że w kolejnych klasach trzeba było przeczytać ileś dzieł, ileś tysięcy stron. Wpajało się przekonanie, że książki czyta się w całości. A teraz co? Wyimki, kawałki, bryki. Niedawno na spotkaniu w Bibliotece Narodowej usłyszałem, że autorzy reform się zreflektowali, że ustawianie wszystkiego pod testy jednak było błędem i teraz będą zmieniali koncepcję. Oni nie powinni zmieniać koncepcji, to oni powinni zostać zwolnieni, w trybie pilnym.
A może należałoby promować literaturę rodzimą, bo w niej początkujący czytelnik prędzej się odnajdzie? - Nie sądzę, żeby decydujące tu było kryterium swojskości. Raczej gatunkowość: romanse, fantasy, science-fiction, kryminały.
Dla mnie "Trylogia" była piramidalnie nudna, a za to z Faulknera, z Cortazara czy Borgesa, miałem szczerą frajdę. Szkoła z pewnością musi przekazywać kanon - i tu "Trylogia" jest ważna jako źródło skrzydlatych słów, które funkcjonują w polszczyźnie. Podobnie jak Biblia czy "Ferdydurke". Musi być jakiś Dostojewski, musi być Balzac, musi być "Robinson Crusoe", bo to są filary rozwoju duchowego ludzkości.
A co pan lubi z polskiej starej literatury? - Sępa-Szarzyńskiego, księdza Bakę, Kochanowskiego, Mickiewicza - i z "Pana Tadeusza", i z "Dziadów", "Lalkę" Prusa; z międzywojnia - tytanów, czyli Leśmiana, Schulza, Gombrowicza i Witkacego... Można długo wymieniać, nawet w obrębie starego szkolnego kanonu. Natomiast głęboko nie znoszę książek patrona mojego liceum Stefana Żeromskiego. Uważam, że warto go omawiać raczej jako zjawisko kulturowe. Pokazać mielizny, wodolejstwo. Początek "Ludzi bezdomnych" brzmi tak: "Tomasz Judym wracał przez Champs Elysees z Lasku Bulońskiego, dokąd jeździł ze swej dzielnicy koleją obwodową. Szedł wolno, noga za nogą, wyczuwając coraz większy wskutek upału ciężar własnej marynarki i kapelusza. Istny potop blasku słonecznego zalewał przestwór". To powinno być karalne.
A co z polskiej literatury poleciłby pan nastolatkom? - Cały czas polskiej i polskiej. Kultura to sieć ponad granicami. Naszego romantyzmu nie byłoby bez romantyzmu niemieckiego i Byrona, ale również bez folkloru Ukrainy i Litwy. "Lalki" nie byłoby bez Balzaca. Szekspir jest bardziej nasz niż barokowa poetka Elżbieta Drużbacka, bo jej już nikt nie czyta, a frazami z Szekspira posługujemy się na co dzień.
Dość tej plemienności. Polecam poszukiwania, po prostu. Jeśli coś przeczytałeś i ci się spodobało - drąż. Znajdź inną książkę tego autora. Dowiedz się, kto go inspirował, i sięgnij po książki tamtego. Po innych autorów tej samej szkoły, nurtu, okresu, kultury. To się może zacząć od "Mistrza i Małgorzaty", od "Stu lat samotności", od "Millennium" i od "Żegnaj, laleczko" Chandlera.
Ale wśród książek, które pana formowały, wymienia pan głównie pisarzy obcych. Trochę smutne... - Dlaczego? Z tym jest jak z kuchnią polską: barszcz ukraiński, karp po żydowsku, ruskie pierogi, fasolka po bretońsku, sernik wiedeński. Nie nasze? Nasze.
A jeśli pominiemy literaturę, to co się panu w Polsce podoba? - Lubię Polskę jako ogólnospołeczny projekt emancypacyjny. Że chce nam się być lepszymi. I to jest ogromna sprawa: pęd do wykształcenia, do autostrad, do europejskich standardów. Całość zakrojona tak szeroko jak w międzywojniu, i chyba z równym sukcesem. Zmieniają się
domy, miasta, nawyki żywieniowe. To, co mnie denerwuje, to niezborność tego procesu; wszystkie te karykatury, groteskowe usiłowania, kicz, pozorność. Badziewna edukacja, profesorowie chałturnicy, którzy zamiast zwiększać liczbę ludzi wykształconych, zwiększają liczbę ludzi z papierkiem, obrzydliwe odmalowywanie ocieplonych bloków, promowanie miernot; wszystko to jest, zasadniczo, kwestią braku smaku.