Żarty żartami, ale Robert Lustig, Laura Schmidt i Claire Brindis to przedstawiciele słynnej Szkoły Medycznej Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco, która od zawsze znajduje się w pierwszej dziesiątce najlepszych ośrodków medycznych w
USA. Swoje propozycje, które z grubsza można by podsumować: zakazać, zabronić, opodatkować, przedstawiają w ostatnim wydaniu "Nature".
Naukowcy z Kalifornii, powołując się na wyniki badań, przekonują, że cukier jest równie szkodliwy dla zdrowia jak alkohol czy nikotyna i dlatego jego dystrybucja powinna być poddana takim samym rygorom.
Przede wszystkim więc cukier należy specjalnie opodatkować. Oczywiście nie tylko sam biały kryształ, ale całą długą listę produktów spożywczych, cukierniczych i napojów, do których dodaje się duże ilości "białej śmierci". Ceny wzrosną, więc ludzie przestaną kupować - tak to ma wyglądać.
Kolejne pomysły brzmią równie ciekawie - np. należy zmniejszyć liczbę punktów, w których dostępne są słodkie napoje czy
przekąski. Jak będziesz miał dalej, to może nie będzie ci się chciało biec po tego batona?
Absolutnym kuriozum jest propozycja, by wprowadzić ograniczenia wiekowe. Cola? Tak, ale dopiero po ukończeniu 17. roku życia.
Nikt nie zaprzeczy, że nadmiar cukru jest szkodliwy. Jego rola w rozwoju choćby chorób układu krążenia czy cukrzycy dawno została już udowodniona. Problem w tym, że lista rzeczy szkodliwych dla zdrowia jest naprawdę długa. Dziś cukier - jutro opodatkujmy sól, schabowe i frytki. Życie, jak wiadomo, nieuchronnie prowadzi do śmierci, więc w pewnym sensie też jest szkodliwe. Coś więc z tym trzeba zrobić.
Sam fanem cukru nie jestem. Wyeliminowanie go z diety to jedno z niewielu osiągnięć, jakie mogę zapisać na koncie walki o zdrowsze odżywianie się. Nie zrobiłem tego jednak z oszczędności czy dlatego, że ktoś mi kazał. Po prostu mądrzy ludzie przekonali mnie, że warto. Pewne rozwiązania proponowane i wprowadzane stopniowo na Zachodzie są słuszne. Też uważam, że automaty ze słonymi czy słodkimi przekąskami i napojami, do których producenci cukier sypią garściami, ze szkół powinny zostać wyrzucone bez zbędnych ceregieli.
Jednak nikt mnie nie przekona, że jakimkolwiek rozwiązaniem będzie ustawowe zmniejszenie liczby miejsc, w których będzie można kupić ciastka, cukierki czy słodkie napoje. Kto i według jakich kryteriów miałby ustalać mapę takich punktów? A już na pewno nie uwierzę w sens sprawdzania legitymacji szkolnej dziecka, które chce kupić baton czy paczkę chipsów.
Tu żadne gorzkie zakazy nie pomogą. Jedynym wyjściem jest edukacja zarówno w szkole, jak i w domu na temat tego, co warto, a czego nie warto brać do ust.