Rozumiem, że przy bigosie i ognisku panowie myśliwi mogą sobie opowiadać różne mrożące krew w żyłach opowieści o złych krukach, które zjadają im zające i kuropatwy.
Rozumiem, że mogą znaleźć nawet naukowca z tytułem, który im te bajki potwierdzi na papierze.
Mogą też myśliwi założyć sobie towarzystwo, które - jeżeli chcą - niech sobie nazywają "przyrodniczym", choć z prawdziwym poznawaniem przyrody ma ono mało wspólnego.
Mogą też wyciągać
dzieci z gimnazjów, by razem policzyć kruki, choć może któryś z nauczycieli powinien dojść do wniosku, że lepiej, by dzieci poznawały ptaki w towarzystwie ludzi, którzy patrzą na nie przez lornetkę, a nie muszkę i szczerbinkę. Proszę bardzo. To wszystko budzi mój niesmak, ale nic poza tym.
Gorzej, gdy państwowa instytucja powołana do ochrony przyrody, a taką jest Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w
Olsztynie, wydaje decyzję opartą na myśliwskich bajdurzeniach, która oznacza wyrok śmierci dla tysiąca ptaków, w tym 250 kruków.
Powtórzę raz jeszcze: bajdurzeniach i danych z sufitu, bo trudniej nazwać inaczej to, co posłużyło za podkładkę do tej haniebnej decyzji. Od dawna nie widziałem czegoś o tak żenująco niskim poziomie merytorycznym jak to, na czym oparła się RDOŚ.
Mam nadzieję, że zwierzchnik olsztyńskiej RDOŚ, czyli Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, nie tylko zrobi wszystko, aby wyrok wydany na ptaki nie został wykonany, lecz także wciągnie surowe konsekwencje personalne. Ludzie, którzy zgodzili się na taką masakrę, nie powinni zajmować się nigdy przyrodą.