Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Na okolicznościowy zjazd "S" do hali widowiskowej w Gdyni przyjechało wczoraj ok. 1,5 tys. osób, trzykrotnie mniej, niż brało udział w zjeździe przed pięcioma laty w hali Olivia. Wiele krzeseł było pustych. Przyjechał prezydent Bronisław Komorowski, premier Donald Tusk, przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek, były premier Tadeusz Mazowiecki, marszałek Senatu
Bogdan Borusewicz, poseł Bogdan Lis. Zaproszenia nie przyjął
Lech Wałęsa.
Prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego witano owacjami. Na widok premiera część sali buczała. Do Donalda Tuska podszedł Karol Guzikiewicz, wiceszef "S" Stoczni Gdańsk. - To obłudne, że zarzuty za udział w proteście dostał kolejny stoczniowiec. Dlaczego to robicie? - pytał, grożąc palcem. Tusk tłumaczył, że prokuratura jest niezależna. Scenie w milczeniu przyglądał się przewodniczący "S" Janusz Śniadek.
Zjazd rozpoczął się filmem wspominającym Sierpień '80 i prowadzącym widzów do współczesności - przemówień Janusza Śniadka, jego udziału w protestach, a także mowy pożegnalnej na pogrzebie pary prezydenckiej na Wawelu.
Na scenie ustawiono dekorację na wieczorny koncert, głównym jej elementem był dziób statku z napisem "Solidarność" i opływające go styropianowe fale. Zjazd zaczynał się w miłej atmosferze. Delegaci i dawni działacze robili sobie pamiątkowe zdjęcia i wspominali. W modlitwie otwierającej obrady abp Sławoj Leszek Głódź zwrócił się do Boga: "Spraw, abyśmy nie stali się ofiarami ustrojowych przemian". Wspomniał też ofiary Grudnia '70 i stanu wojennego, wymieniając je jednym tchem obok ofiar katastrofy smoleńskiej.
Życzliwie przyjęty prezydent Bronisław Komorowski pytał: - Czy jesteśmy dziś w stanie przekształcać Polskę w duchu jedności? Czy jesteśmy w stanie działać nie jeden przeciw drugiemu? Solidarna Polska jest możliwa, dźwięczy w sercach ludzi różnych orientacji, ale możemy ją zbudować, cytując
papieża: nie jeden przeciw drugiemu. To jest przesłanie tej rocznicy.
Jerzy Buzek wspominał I zjazd "S", który prowadził. - Marzenie o wolnej Polsce nam się spełniło, choć ta wolna Polska wszystkich naszych nadziei nie spełnia. Ale teraz wszystkie drogi przed Polską są otwarte - do postępu i te na manowce, które często kuszą szybkimi efektami - podkreślał.
Przypominał, że Polska przygotowuje się do objęcia prezydencji w Unii Europejskiej i mamy sporo bieżących problemów, ale tak jak 30 lat temu powinniśmy marzyć i wykorzystać szansę dzięki partnerstwu i dialogowi.
Tusk: Solidarność nie nienawidzi Gdy na scenę wszedł premier Tusk, część sali ponownie zaczęła buczeć i gwizdać.
- Przyjechałem tu, mając świadomość, że nie u wszystkich państwa to wywoła zadowolenie - zaczął premier. - Powiem od serca, bez kartki - tak jak w stoczni w sierpniu czy na pierwszym zjeździe "S". Powiem o tym, co się z nami stało przez te 30 lat. W sierpniu z godziny na godzinę stawaliśmy się lepszymi ludźmi. Nie byliśmy ideałami, ale stawaliśmy się lepsi. U innych szukaliśmy tego, co dobre, nie tego, co złe.
Te słowa zostały nagrodzone oklaskami, ale zaraz po nich Tusk zapytał - uprzedzając, że to może być niestosowne pytanie: - Co stało się z tymi milionami, że one dzisiaj się nie odnajdują w "Solidarności"?
Część delegatów wpadła w złość. Gwizdali i pokrzykiwali. Premier nie przerywał: - Oni w swoich sercach odnajdują tamte uczucia, tamtą solidarność. Fenomen "Solidarności" polegał na tym, że nikt nie wstydził się swojego odmiennego poglądu, na tym polegały godność i szacunek każdego do każdego. Dziś te dziewięć milionów ludzi powinno czuć, że to ich święto.
Szmer niezadowolenia narastał. Tusk wspominał swój udział w I zjeździe "S". - Te tysiące ludzi na I zjeździe łączyła wspólnota celów. To nie była reprezentacja jednej grupy przeciwko innej. Oni wiedzieli, że tamta "S" jest darem dla każdego.
Z sali padły okrzyki: "Kończ już!", ale Tusk ciągnął dalej. Przypomniał demonstrację w Gdańsku-Wrzeszczu, podczas której manifestujący dopadli zomowca. - Marnie by skończył, gdyby nie jedna z dziewczyn z MKZ, która go zasłoniła. Bo kiedy
Jan Paweł II mówił, że "nie ma solidarności bez miłości", to znaczyło, że prawdziwa solidarność wyklucza nienawiść - opisywał.
Na sali okrzyki: - Teraz wy nas nienawidzicie! Wasz Palikot i Niesiołowski.
Tusk przypominał słowa pieśni Jacka Kaczmarskiego: "Ale zbaw mnie od nienawiści, ocal mnie od pogardy, Panie". Część zgromadzonych gwizdała, ale nie mniej osób klaskało.
Kaczyński i Krzywonos Po przemówieniu szefa PO list od prezydenta Baracka Obamy odczytał ambasador
USA w Polsce Lee Feinstein. Prezydent USA podkreślał, że "odwaga i wytrwałość małej grupy robotników 30 lat temu pokazały, że można przeciwstawić się totalitarnemu reżimowi i wywalczyć poszanowanie podstawowych praw - prawa do zrzeszania się, prawa do strajku, fundamentalnego prawa do wyrażania tego, co się myśli".
Ambasador przemawiał, ale sala już czekała na wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego. Tylko wstał, a już zaczęły się owacje na stojąco. Prezes PiS mówił m.in., że jego brat w stoczni rozmawiał z ludźmi, którzy "mieli inny plan, plan kompromisu, który okazał się być pozorem, pozorem, który szybko by się rozwiał". - Robotnicy chcieli więcej i historia przyznała im rację - stwierdził.
Mało kto zrozumiał, o co mu chodziło. 30 lat temu Lech Kaczyński rozmawiał z doradcami, którzy przyjechali do stoczni - z Bronisławem Geremkiem i Tadeuszem Mazowieckim. To oni zdaniem Jarosława Kaczyńskiego mieli namawiać do kapitulacji.
Jak było naprawdę, widziała Henryka Krzywonos-Strycharska, tramwajarka, która zatrzymała komunikację w Gdańsku podczas strajku. Na scenę weszła nieproszona: - Słucham tak pana prezesa i powiem szczerze, ja jestem zwykłą kobietą, więc jakbym miała was obrazić, to z góry przepraszam. Krew jaśnista mnie zalewa, bo przecież pan obraża tu nas wszystkich.
Związkowcy gwizdali, ale na Krzywonos nie robiło to wrażenia ("Nie pozwolę się zakrzyczeć"). - Dzisiaj słyszę, jeden z panów mówi, że ci panowie, Lech to robił, ten drugi [Tadeusz Mazowiecki] nie, to, przepraszam, oddajmy Bogu, co boskie, więc wszystkim się należy szacunek, jak tu siedzimy - oceniła.
Wypomniała zebranym, że wygwizdali Tuska, a do prezesa PiS powiedziała: - Ja panu bardzo współczuję, ale proszę współczuć innym i dać im normalnie żyć, bo wszystko, co pan robi, to, przepraszam bardzo, mnie to obraża, że pan niszczy godność Lecha [Kaczyńskiego], to pan ją niszczy, dołuje, naprawdę tak się dzieje.
Szef "S" atakuje Janusza Śniadka ten spór nie interesował. Porwał salę hasłem: „Jest jedna »Solidarność «”. Wszyscy wstali i skandowali. - Niesprawiedliwie dzielimy się owocami wzrostu, panie prezydencie, martwe dźwigi nie staną się polską Statuą Wolności. Panie premierze, miał pan rację, gospodarka to portfele zwykłych ludzi, proszę o tym pamiętać - mówił do Komorowskiego i Tuska, zbierając oklaski. Przekonywał, że „S” stała się niewygodna, bo wskazuje trudne problemy. I tłumaczył: - Dlatego oskarża się nas o upolitycznienie, ale my nie damy się odesłać do muzeum.
Na jego znak zebrani skandowali. Grupka z galerii wołała: "Tu jest Polska!", "Liberały do woja!".