Gwizdy, chamskie wrzaski, buczenie. Delegaci nie uszanowali głowy państwa, premiera, a nawet tych wybitnych postaci dawnej "S", które o ten związek walczyły w sierpniu 1980 r. Nie uszanowali nikogo, nawet własnego święta.
Dlatego trzeba powtórzyć: ta i tamta "Solidarność" sprzed 30 lat - z wyjątkiem nazwy - nie mają ze sobą nic wspólnego. Tamta była wielka, ta jest skarlała. Tamta - jednocząca, ta - dzieląca. Tamta - pluralistyczna, a ta jest jedynie
PiS-owską przybudówką.
Dawnych bojowników o wolność zastąpili popsuci przywilejami etatowi, skorzy do zadym działacze. Dzisiejsza "S" jest karykaturą tej sprzed 30 lat.
Przemówienie Jarosława Kaczyńskiego było takie, jakich słyszeliśmy wiele na jego partyjnych wiecach - insynuacyjne. Pomijające lub pomniejszające zasługi innych, a wynoszące zasługi Lecha Kaczyńskiego, który takiej przysługi nie potrzebuje.
Zauważyła to Henryka Krzywonos - odważna kobieta, która - tak jak 30 lat temu - potrafiła wbrew gniewnej, ryczącej sali upomnieć się o ideały tamtej "Solidarności". Brakuje słów, by nazwać prymitywów, którzy przerywali jej gwizdami.
Miarą przywództwa jest stanąć przeciw większości, dlatego postawa Donalda Tuska budzi szacunek. Ten sam, ale młody Tusk był na stoczniowej bramie nr 2 o zimowym świcie 14 grudnia 1981 r. kilka godzin przed pacyfikacją Stoczni. Nie wiem, gdzie byli wtedy ci, którzy dziś gwizdali, ale nie było tam tłumów.
Znieważając prezydenta i premiera, delegaci "S" znieważyli demokratycznie wybrane władze, a przecież to o demokrację walczyła ta pierwsza "Solidarność". Potem skandowali: "Tu jest Polska".
Nie, Polska jest gdzie indziej.
Czytaj także: komentarz Ewy Milewicz