To linia obrony, którą minister sprawiedliwości w rządzie
PiS konsekwentnie prowadzi od czasu, gdy b. posłanka
SLD zginęła w trakcie próby zatrzymania jej przez katowicką
ABW.
Oskarżeniami o korupcję Ziobro obciążał Blidę w Sejmie w dniu jej śmierci. A potem - by usprawiedliwić decyzję o zatrzymaniu - podległa Ziobrze prokuratura nadal zbierała na nią materiały, mimo że Blida już nie żyła.
Ziobro, atakując Blidę, pomija niewygodne dla siebie fakty: że nie doszło do zrealizowania tego, co za łapówkę miała załatwić posłanka. I że z trzech osób, które jakoby brały udział w procederze, tylko Blidę postanowiono zatrzymać. Pozostałe po prostu zostały wezwane do prokuratury.
Gdyby Blidę też wezwano, nie doszłoby do tragedii. Resortowi sprawiedliwości pod kierownictwem Ziobry potrzebny był jednak sukces. A ilustracją tego sukcesu miała być telewizyjna migawka z byłą posłanką SLD wyprowadzaną z domu przez funkcjonariuszy.
Wczoraj Ziobro sięgnął po nowe argumenty. Najpierw (powołując się na tylko sobie znane badania) powiedział, że samobójstwa podejrzanych nie są niczym nowym, a w czasach rządów SLD było ich ponad 300.
Na koniec wyjął asa: specjalnie przygotowaną planszę z artykułem "Pulsu Biznesu" sprzed ośmiu lat.
Barbara Blida wypowiadała się tam na temat korupcji w budownictwie. Mówiła, że rozumie przedsiębiorców, którzy postawieni pod ścianą decydują się wręczyć łapówkę, by uzyskać zlecenie. Dla Ziobry to koronny dowód, że w umyśle Blidy czaiło się przyzwolenie na korupcyjne zachowania.
Nigdy nie miałem złudzeń, że
Zbigniew Ziobro cokolwiek zrozumie z tej tragedii ani że przejawi zdolność refleksji lub poczucia winy.
Po wczorajszym wystąpieniu widać, że jest gorzej. Nie tylko trwa w poczuciu własnej racji, ale czuje się bezkarny w rzucaniu kolejnych oskarżeń przeciwko człowiekowi, który nie może się bronić.