Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Jarosław Kurski, Bogdan Wróblewski: Powiedział pan, że nasz raport o katastrofie smoleńskiej będzie bardziej surowy dla strony polskiej niż raport MAK. Premier w Sejmie mówił dobitniej: "Ci, którzy dzisiaj krzyczą, polskiego raportu będą słuchali w milczeniu". Jerzy Miller: Kto pojmuje rolę komisji badającej wypadek lotniczy, przyjmie te słowa ze zrozumieniem. Nie jesteśmy prokuraturą. Komisja stwierdza przyczyny wypadku. Stronie polskiej chodzi o wyeliminowanie przyczyn leżących po naszej stronie, by taki dramat nigdy się nie powtórzył. Na to, jakie wnioski wyciągną Rosjanie, nie mamy wpływu. Możemy im jedynie przesłać nasze rekomendacje, które zostaną przyjęte albo nie.
Dla nas najważniejsze są nasze wnioski. To my korzystamy z 36. pułku lotnictwa transportowego. To my korzystamy z naszych prognoz meteorologicznych i naszych lotnisk. Dlatego czynniki, które zwiększają ryzyko korzystania z transportu lotniczego, trzeba usunąć. I dlatego wyników badań komisji będziemy słuchać w ciszy. Bo są przykre.
Dlaczego przykre? - Bo mgła nie była jedyną przyczyną wypadku, było ich kilkadziesiąt, ułożyły się w długi ciąg zaniedbań. A tak jak człowiek nie chce słyszeć, że popełnia błędy, tak państwo nie chce słyszeć, że można było uniknąć nieszczęścia. Staje więc przed nami bolesne pytanie: Jak mogliśmy tego nie dostrzec wcześniej? Jak mogliśmy to tolerować? Chodzi o to, by Polak był rzeczywiście mądry po szkodzie.
Dlatego powiedziałem o raporcie MAK, że nie jest pełny. Rosjanie pominęli rolę kontrolerów, a każde niedopowiedzenie obniża bezpieczeństwo, naraża przyszłych pilotów i pasażerów. Jeśli więc ktoś podchodzi do tego badania z poczuciem fałszywego patriotyzmu, by udowodnić za wszelką cenę, że jesteśmy bez skazy - działa na naszą szkodę.
Nasłuchałem się ostatnio w Sejmie różnych epitetów. Podobno jestem "cyborgiem do zadań specjalnych". Taki cyborg też coś czuje, ale nie dam komuś satysfakcji, by pokazywać to na zewnątrz.
Są dwie szkoły odpowiadania na tego typu zaczepki - europejska, której użył min. Bogdan Klich, odnosząc się do wypowiedzi Antoniego Macierewicza o "zaprzaństwie". I azjatycka - adwersarza uderzającego poniżej pasa traktuje się jak powietrze. Pan wybrał drugą szkołę, ale do tego trzeba mieć nerwy jak postronki... - Tego mnie nauczyły lata w administracji. Z wykształcenia jestem inżynierem. Na początku byłem prostolinijny, bo dwa plus dwa jest zawsze cztery. Ale w polityce dwa plus dwa...
...jest tyle, ile ma być. - Właśnie. Pojąłem, że jak ktoś mówi: dwa plus dwa równa się sześć, to nie należy podejmować tematu. I to najbardziej denerwuje tego, który takiej odpowiedzi udzielił. A jeśli ktoś daje się wytrącić z równowagi - to jest blisko przegranej. Jeżeli chce się być skutecznym, trzeba być Azjatą.
A z Rosjanami jak pan rozmawiał? - Po pierwsze, nie rozmawiałem publicznie. To trudny partner... Trzeba się tego kraju trochę nauczyć, bo już pierwsze słowo może zakończyć rozmowę. Jak się tego zaniedba, to nie warto siadać do stołu.
W moim odczuciu Rosjanie - a pierwszy raz rozmawiałem oficjalnie 6 maja - wykazywali dużo zrozumienia dla naszego położenia. Nikt nie chciał nikogo przechytrzyć, co nie znaczy, że chciał być do końca szczery.
Rozmawiał pan z szefową MAK Tatianą Anodiną. - Tak. Sytuacja była skomplikowana, w Polsce mamy inne prawo, inaczej funkcjonującą administrację i inne zwyczaje. Pani Anodina nie reprezentowała Rosji, tylko MAK, materiały dowodowe przekazywała prokuratorowi. A prokurator nie był dla mnie partnerem, bo nie jestem prokuratorem. Uznałem, że właściwym partnerem jest minister transportu Igor Lewitin. Dobrze przysłużył się naszym kontaktom, nieprzypadkowo towarzyszył prezydentowi Miedwiediewowi 6 grudnia w Polsce.
Pierwsze spotkanie u Anodiny zakończyło się animacją, którą Rosjanie przedstawili potem 12 stycznia. Zrobiła na mnie przygnębiające wrażenie. Była to animacja tylko tego, co się działo z samolotem i w samolocie, a nie tego, co się działo na ziemi. Czy to było wystudiowane, by mnie od razu ukierunkować na spojrzenie w kategoriach winy? Nie chcę się domyślać. Mam wciąż nadzieję, że jesteśmy na jakimś etapie rozmów, a nie - że rozmowy się skończyły.
Nie odczytał pan tej prezentacji już wówczas jako sygnału, że to wersja obowiązująca po rosyjskiej stronie? - Nie. Teraz wiem, że badanie wypadku lotniczego to żmudne odkrywanie litera po literze...